ONA:
Czy ktoś w tych czasach jest jeszcze normalny? Czy ktoś umie być normalny w tych czasach? Czy bycie normalnym to jeszcze jakaś wartość? Czy normalność nie zaczyna być mierzona lekkimi odchyłami?
Czasem jak patrzę na moich znajomych, to wydaje mi się, że „normalność” już dawno temu została porzucona. Bez personalnych wycieczek, po prostu nie rozumiem jak często można myć okna, segregować skarpety wg grubości i „ciepłości”, książki wg tytułów albo po każdym użyciu auta odkurzać jego środek. Bo inaczej się nie da, bo trzeba to zrobić. Ale spokojnie, ja też mam swoje skrzywienia. Wszystko zapisuję, nie potrafię przejść obojętnie obok waniliowych świec i lakierów do paznokci. Nie lubię jak ktoś bałagani, podczas gdy sama właśnie siedzę w syfie, który wczoraj 2 dni temu zrobił się sam, a ja dziś do niego dorzuciłam jeszcze kilka kolejnych rzeczy. I wiecie czego jeszcze nienawidzę i nie potrafię sobie z tym poradzić? Kiedy ktoś coś zawala. Okej, mogę się wkurzać, gdy leci przez to termin, ale na ogół – nic takiego nie ma miejsca. Po prostu ja zakładam sobie, że DZIŚ to musi być gotowe (bo na jutro czeka na mnie coś innego). Każda chwila poślizgu wprowadza mnie w otchłań niebezpiecznej irytacji. Kiedyś byłam spontaniczna – teraz jestem dorosła. I cały czas powtarzam moim Wrzodkom, że teraz może i narzekają na sprawdziany, rodziców, słabe kieszonkowe i trądzik, ale potem jest gorzej. Zastanawiam się co bym usłyszała siedząc na kozetce u czubkologa (przepraszam, ale nie rozróżniam psychologów, psychiatrów czy psychoanalityków, ale wiem, że mogą przepisać ciekawe leki). Gdyby Jezus przestał mieszkać z rodzicami i zszedł na Ziemię – też zacząłby chodzić do psychokogośtam.
„Pięć filmów o szaleństwie” to kilka historii o ludziach, którym ciężko w życiu. Z powodu różnego rodzaju zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, bipolar, czy zwykła, oklepana depresja, ich życie jest inne od przeciętnej osoby, która w tej sferze jest zdrowa, normalna i zwykła. Ta telewizyjna produkcja w sposób dość solidny rozprawia się z każdą z tych chorób, ale nie tylko od strony osoby z problemem, tego jak ona odnajduje się w tym, w rodzinie, w społeczności. I odwrotnie: jak rodzina i społeczność „współżyją” z osobą, która boryka się z chorobą, której symptomy są głęboko ukryte, której nie da się zrozumieć w sposób prosty i oczywisty. To nigdy nie jest jedna osoba. To nigdy nie jest oczywisty problem…
Każdą z poszczególnych etiud oglądałam z solidnym zaangażowaniem, mimo, że technicznie to przeciętne dzieło. Ale dotyka ono ważnych sfer i w sposób prosty i logiczny, nawet trochę łopatologiczny i stereotypowy pokazuje te problemy. Fajnie, że te poszczególne fragmenty są ze sobą poniekąd powiązane. Fajnie, że takie dzieło powstało. To taki fabularny dokument o ludziach – po prostu.
ON:
Jeden temat, pięciu scenarzystów i pięciu reżyserów. Takich pigułek filmowych było już historii kina wiele. Różniły się ilością opowieści, twórcami, a także wątkiem przewodnim. Twory te mają do siebie to, że przeważnie nie trzymają równego poziomu. Jedne z nich są naprawdę wyjątkowe, inne zaś słabiutkie jak kawa serwowana za PRL-u w kafejce dworcowej. W dniu wczorajszym zdarzyło mi się trafić na takie dzieło, będące zlepkiem kilku filmów poruszających problem chorób psychicznych. „Call Me Crazy: A Five Film” wyprodukowany został na potrzeby TV i trzyma wyjątkowo równy, niski poziom.
Tematem przewodnim tej etiudy są choroby psychiczne. Schizofrenia, depresja, osobowość dwubiegunowa to tylko trzy z pięciu opisywanych zaburzeń. Każdy epizod ma swój tytuł i skupia się tylko na jednym z nich. Wpierw przyjdzie nam poznać Lucy, która słyszy głosy. Młoda dziewczyna ląduje w zamkniętym zakładzie, w którym zwraca na nią uwagę jeden z pacjentów, młody chłopak, który także nie może poradzić sobie ze swoimi demonami. Chemia działa i dochodzi do pierwszego pocałunku, ale w tej chwili głosy znów nie pozwalają kobiecie czuć się normalnie. Dopiero kontynuacja studiów na prawie ma jej pomóc? Poważnie?
Kolejny epizod (moim zdaniem najlepszy) opowiada o dziewczynce, która pisząc wypracowanie opowiada o swojej mamie mającej zaburzoną osobowość. Czasem potrafiła być wspaniała i kochająca, a czasem po prostu była nie do zniesienia. Osowiała, zamknięta w sobie, uciekająca przed całym światem. Mijały lata, a życie matki i córki wcale nie było lepsze. Terapia przez zaniedbanie mamy nie przynosiła skutku. Pewnego dnia praktycznie dochodzi do tragedii.
Epizod nr trzy zaczyna się od podróży samochodem. Allison i jej chłopak jadą w odwiedziny do rodziców dziewczyny. Rozmowa, śmiech, plany dotyczące wspólnie spędzonej nocy, wszystko trafia szlag gdy dojeżdżają na miejsce, okazuje się bowiem, że do domu przyjechała także znana dobrze z pierwszego epizodu Lucy, która jest siostrą Allison. Dochodzi do ostrej wymiany zdań.
Kolejne dwa „shorty” skupiają się na problemie depresji oraz urazie psychicznym, jaki przeżywa kobieta gdy staje się ofiarą gwałtu. Oba tak samo nijakie jak poprzednie. Widać braki w warsztacie aktorów oraz twórców. Już po pierwszych minutach tego dzieła widzimy, że mamy do czynienia z produkcją telewizyjną, nadal o niebo lepszą niż nasze polskie Klany i im podobne. Brak tu tragizmu, brak autentyczności, część dialogów jest po prostu głupia.
Jeśli najdzie was na kino opowiadające o chorobach psychicznych, to lepiej zabierzcie się za inne produkcje, bo przy „Call Me Crazy: A Five Film” po prostu stracicie czas. Dla mnie jest to nudny gnieciuszek.
