ONA:

Gdyby ktoś kilka lat temu zapytał mnie o film Konrada Niewolskiego „Job, czyli ostatnia szara komórka”, najpewniej uruchomiłabym wszystkie moje pokłady wredności i sarkazmu, które zwerbalizowałabym przy pomocy słów „To gówno”. Moje pierwsze wrażenie po tej produkcji było okropne. Humor abstrakcyjny nigdy nie stał za mną i mimo, że studiowałam z chłopakami z kabaretu Łowcy.B, to bardziej mnie on odrzuca, niż przyciąga. Ale jakimś cudem sięgnęłam po „Job…” raz jeszcze. I z totalnym zdziwieniem stwierdziłam, że ten film jest naprawdę świetną komedią!

Nie ma tu co prawda jakiegoś wybitnego „scenariusza”. Bohaterowie są ciut dziwni, ciut irytujący, a wszystko tak naprawdę nie trzyma się kupy. To zlepek gagów, skeczy, śmiesznych sytuacji, które powiązane są trzema głównymi postaciami: Adim, Pele i Chemikiem. Adi ma dziewczynę, która pcha go w stronę kariery. Właśnie jej tatuś załatwił mu rozmowę kwalifikacyjną i nie byłoby w tym nic problemowego, gdyby nie to, że będzie ona po angielsku. Jak można łatwo ocenić, angielski Adiego jest beznadziejny, ale nie chce się on po raz kolejny zbłaźnić przed ukochaną. Pele próbuje zdobyć prawo jazdy, co też nie idzie mu zbyt łatwo. Poza tym podpala sobie zioło, wciskając babci, że to mongolskie leki na wszystko. A Chemik ryje do poprawki. Tak bardzo potrzebny spokój, sprzyjający nauce, zagłusza mu systematycznie pies sąsiadki, który szczeka, piszczy, ujada, na całe psie gardło. Panowie oczywiście są najlepszymi kumplami, którzy całe życie mieszkali na tym samym, szarym blokowisku. I to właściwie cały „zarys” scenariusza. Reszta to po prostu kolejne gagi, które oczywiście znamy, ale ubrane w konkretne postacie są jakieś takie śmieszniejsze.

Naturalnie trzeba wyśmiać, wykpić i przekoloryzować wszelkie grupy społeczne: od księży, przez blondynki, po staruszki i kierowców. Każdemu się dostaje, bez wyjątku. Jak już napisałam – z perspektywy czasu te wszystkie dowcipy są znane, ale przecież odkopywanie sucharów nie jest takie najgorsze. Rozpisywanie się o grze aktorskiej jest zupełnie pozbawione sensu. To nawet nie musiałoby być dobrze zmontowane, czy nagrane. Film ogląda się dobrze, chociaż – u mnie to było zauroczenie od drugiego wejrzenia. To jedna z tych produkcji, które się albo kocha, albo nienawidzi. Jednych zachwyci, innych zmęczy. Ale spróbować warto.

ON:

Do końca tygodnia z polskimi komediami, tymi nowszymi, zbliżamy się wielkimi krokami. Są za nami filmy lepsze i gorsze, czasem się śmiałem, a czasem ziewałem z nudów – tak to już bywa. Dziś będzie o filmie, którego wcześniej nie miałem okazji oglądać – „Job”. To bardzo specyficzne kino, jedni je polubią, a dla innych będzie to gniot do potęgi. Wszystko za sprawą scenariusza, który stara się opowiedzieć jedną spójną historię, a tak naprawdę jest zlepkiem scenek, mających doprowadzić nas do finału.

Trzech kumpli z podwórka: „Adi”, „Pele” i „Chemik”, od najmłodszych lat spędza z sobą wiele czasu. Panowie razem piją browarki, palą blanty i jakby nie mówić – obijają się za pieniądze podatników. To też nie do końca jest tak, że są pasożytami społecznymi, bo czasem im zależy i dają z siebie wszystko, a później po prostu coś zawsze musi się zjebać. Taki lajf. I właśnie w tym głównym wątku znajdzie się masa mniej lub bardziej śmiesznych historyjek, które mają pomóc nam dotrzeć do napisów końcowych. Znajdzie się tutaj miejsce dla babci, co pali zielsko, akcji z psiakiem, który nie chce przestać szczekać, umierającego na ławce pijaka, który tak naprawdę nie umiera, laski „Adiego”, która zupełnie do chłopaka nie pasuje. Pojawią się tutaj także abstrakcyjne dialogi, nawiązujące do otaczającej nas popkultury, między innymi Gwiezdnych Wojen. Wszystko jest prześmiewcze i abstrakcyjne, jak kwadrowe zające.

„Job” przypomina mi, że jest taki gatunek komedii, które nie muszą trzymać się kupy. Tu nie scenariusz, ale pewien pomysł może doprowadzić do tego, że film przyciągnie na chwilę do ekranu. Nie spodziewajcie się fajerwerków, ale spokojnie możecie liczyć na 90 minut przyzwoitej, głupkowatej zabawy.

Co ciekawe, dzieło to wydaje mi się bardziej spójne i porywające, niż opisywany kilka dni wcześniej „Kiler”. Może dlatego, że tutaj nikt nie silił się z pokazanie czego,ś czym ten film nie jest. No i na tym można skończyć.