ONA:
„The Ugly Truth” to komedia romantyczna z zabarwieniem erotycznym – taki tekst usłyszałam od znajomej. Co prawda przestałam interesować się tym tematem, gdy usłyszałam „romantyczna”, ale wróciłam do słuchania gdy padło ostatnie słowo. To się zdarza, że powstaje dzieło, które mówi i o seksie, i o emocjach, i nawet nie jest tragiczne. To rodzaj filmów, na który kobieta jest w stanie wyciągnąć mężczyznę, bo im to zawsze imponuje, gdy męscy bohaterowie robią co chcą z kobietami i to najlepiej kilkoma na raz.
Film z Katherine Heigl i z Gerardem Butlerem to taka właśnie urocza komedia, która sporo mówi o tej cudownej sztuce podrywu. Drogie panie, z ust samego Butlera dowiedzieć się możecie co robić, a czego nie robić, by zdobyć dane mięsko.
Abby jest producentką programów telewizyjnych. Jest wysoką, przyjemnie i strategicznie zaokrąglaną blondynką, która w swoim fachu jest bardzo dobra. Nie jest jedną z tych, które tylko wyglądają. Ona autentycznie ma coś w głowie. Ale jest samotna. Mieszka w pięknym domu wraz z kotem. Nie ma tu miejsca na związek. Nie ma czasu. Jest przecież tyle rzeczy do zrobienia. I wtedy pojawia się on – na początku tylko z perspektywy telewizora, ale z czasem coraz bardziej. Mike prowadzi w telewizji program, w którym kpi z kobiet. Z ich zachowań, z ich wad. Trąci seksizmem bardzo mocno, ale heloł – wiem po sobie, jaką potrafię być suką. Abby dzwoni do niego na antenę. Ten, po krótkiej analizie stawia diagnozę: Laska, musisz być mega paszczurem. Nazajutrz będą mogli to skonfrontować, bowiem Mike zostaje zatrudniony w stacji Abby. Czy się im to podoba, czy nie – muszą ze sobą pracować. Oczywiście, jak można założyć – między nimi zacznie się coś dziać, a wzajemna niechęć przerodzi się w sympatię, ale najpierw pojawi się przystojny lekarz – chodzący ideał Abby, której w zdobyci go pomaga nikt inny, jak sam Mike.
Nie spodziewajcie się cudów po tym filmie. Ale można złapać na nim refleksję dotyczącą tego całego procesu łączenia się w pary, tych specyficznych godów, których cel często dla faceta i dla kobiety jest totalnie różny. Mike to mężczyzna, którego doświadczenia nauczyły jak podchodzić do kobiet. W mniej lub bardziej wysublimowany sposób dzieli się tym ze swoimi widzami, często właśnie tak ratując ich przed ogromnymi błędami, albo pchając ich do działania. Przyjemne, niezobowiązujące kino, ale bez fajerwerków.
ON:
Mieliśmy rozpocząć tydzień z chamskimi komediami. Najśmieszniejsze jest to, że praktycznie na pierwszy strzał poszła komedia romantyczna. Dlaczego? Sami nie wiemy, gdzieś zaplątała się pomiędzy tymi „samczymi” filmami. Całe szczęście „Brzydka prawda” potrafi ostro przypieprzyć w pysk dawką niezłego, ciężkiego humoru.
Abby Richter pracuje jako producent w stacji telewizyjnej. Notowania programów lecą na łeb na szyję, a ona robi wszystko, aby odzyskać popularność. Abby jest kobietą, która ma kota, jej randki przeważnie kończą się fiaskiem, a sex wydaje się zapomnianym słowem. Jej frustracja narasta do kosmicznych rozmiarów. Pewnego wieczoru przypadkowo trafia na program „Brzydka prawda”, prowadzony przez Mike’a Chadway’a. To facet, który się nie pierdoli. Znaczy pierdoli się z kobietami i mówi też innym co zrobić, by się bzykać. Dla niego kobieta musi mieć fajny tyłek i cycki, nie może krytykować, ma dobrze robić laskę itd. Jego ideologia jest dość prosta. Brzydkie dupy nie mają facetów, tylko siedzą z kotami i użalają się nad sobą. Jego tok myślenia tak wkurzył producentkę, że postanowiła zadzwonić do programu. To nie był jednak najlepszy pomysł, bowiem Mike w dość dosadny sposób wytknął Abby jej wady.
Kolejny dzień w stacji telewizyjnej był dla dziewczyny jeszcze większym szokiem. Okazało się, że właściciele postanowili postawić wszystko na jedną kartę i aby ratować oglądalność – zatrudnili Chadway’a u siebie. Najgorsze jest to, że koleś jest teraz „wyżej” niż ona w hierarchii stacji. Początkowa niechęć przeobraża się w dość dobrą znajomość. Dochodzi do tego, że Mike pomaga Abby wyrwać jej faceta marzeń. Krok po kroku prowadzi ją za rękę i nakierowuje na to, jak ma się zachowywać w różnych sytuacjach.
„Brzydka prawda” byłaby chyba niestrawną i bardzo oklepaną opowieścią, gdyby nie Gerard Butler, który jest tutaj perełką. Nie opierdala się i gra uroczego chama, któremu i tak nie jedna babka by dała dla samej zasady “dania”, bo po kiego grzyba komuś związek, jeśli można iść do łóżka z takim ciachem? Polecam seans z lepszą połową. Tylko uważajcie, bo kobiety mają dziwną przypadłość i śliną się na widok pana Butlera za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie.
