ONA:
Ja tę historię znam aż za dobrze. Śmiałam się, podczas seansu, że jak się lubi kino biograficzne i historię, to czasami wiedza może nieźle spoilerować. Ale w żaden sposób nie odebrało mi to przyjemności oglądania tego dzieła. Zawiodło mnie tylko to, że mojej ukochanej Meryl Streep jest tu naprawdę mało.
Z historią sufrażystek musiałam zderzyć się, by wytłumaczyć, że nie potrzebuję nazywać się feministką. Jestem człowiekiem, a każdy -izm niesie za sobą patolę, prędzej czy później, szczególnie, gdy ideologicznie podchodzi się do tematu. O moje prawa walczyły kobiety na początku XX wieku. O co mam dziś walczyć? O prawo do włosów pod pachami? Mam to gdzieś. Mam walczyć o to, czy chcę, czy nie chcę być matką? Żyjemy w czasach rozszerzania wolności, a nie walki o nią. Poza tym – hej! Mam 30 lat. Mogę mieszkać gdzie chcę, kochać kogo chcę, żyć jak chcę.
Maud Watts (Carey Mulligan) żyła w tych przeklętych czasach, w których kobiety traktowało się jako to coś, co rodzi dziecko, co ma gotować, pracować ponad ludzkie siły. Coś, co można gwałcić, molestować, bić. Coś, co nie ma prawa. Coś, co ma być ponad wszystko wierne i posłuszne. Maud, jak i wiele kobiet, po prostu powiedziała dość. Zapłaciła za to ogromną cenę. Ona, jak i ogromna liczba innych kobiet. To one spięły się i walczyły o moje prawa dziś. „Sufrażystka” to film, który oddaje im hołd, pokazując jednocześnie jak ważnym elementem jest wolność.
Sarah Gavron dała nam bardzo przyjemny dramat, mocno oparty na prawdziwych wydarzeniach. Jest tu dużo emocji, które szargają nami podczas seansu. Nawet mężczyźni byli wstrząśnięci i wkurwieni. Ten film jest mocny. Jest bardzo przejmująco zagrany. Jest dobrze wykonany i trochę dziwi mnie to, że po kinach przeszedł bez większego echa. A naprawdę warto go obejrzeć. To film o czymś. To film, który wstrząsa. To film, którego fabuła działa się około 100 lat temu, a my dziś możemy obejrzeć kawał historii, który ekstremalnie wpłynął na nas. Na nas dziś.
Warto. Niezależnie od płci, poglądów i asymilowania się z jakimkolwiek „-izmem”.
ONA:
„Sufrażystka” jest filmem, który zupełnie mnie nie zachwycił. Pomimo tego, że historię tę napisało samo życie, to wplątanie w jej tryby fikcyjnej bohaterki sprawia, że tak naprawdę nie wiemy, gdzie fikcja łączy się z faktami. Tym bardziej, że nie każdy zna historię ruchu kobiet, które walczyły o ich prawa. Kobiety te zmieniły historię, ale kto tak naprawdę na pamięta większość wydarzeń, które miały miejsce ponad 100 lat temu i o których mówi się w szkole bardzo mało?
Trochę przeraża mnie główna bohaterka, która poświęca wszystko, aby walczyć o równouprawnienie. Rozumiem poświęcenie męża, ale oddanie syna pod opiekę obcych osób staje się dla mnie niezrozumiałe. Z drugiej strony wielkie idee potrzebują wielkich czynów, czasami nawet jeśli są one drastyczne.
Reżyserka stara się pokazać wszystkie najbardziej znane fragmenty historii ruchu kobiet. Dlatego mamy fragment z ataku na rezydencję ministra oraz śmierć Emily Davison, która została stratowana przez konie podczas derby w 1913 roku. Problemem jest chyba jednak coś innego. Z jednej strony ruch pokazała ona bardzo ogólnikowo, z drugiej – skupiła się na jednej bohaterce, której wybory nie zawsze są dla nas oczywiste i zrozumiałe. Ta mieszanka trudna jest dla mnie do przełknięcia, a tym bardziej do oceny. Wydaje mi się, że wszystko w tym filmie zrobione jest trochę na „odwal się” i „jakoś to będzie”. Trochę szkoda.
