Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

The Dressmaker

ON:

Obejrzałem „The Dressmaker”. Ten film jest trochę dziwny, trochę krytyczny, delikatnie karykaturalny i zaskoczył mnie niesamowicie. Zaczynając od naprawdę majestatycznych zdjęć, a na grze aktorskiej kończąc – wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik. Na dodatek przedstawiona przez Jocelyn Moorhouse opowieść jest szpilą wbijaną w małomiasteczkowość i zaściankowość. Zanim jednak zacznę wychwalać wszystkich pod niebiosa, przejdę do samej historii.

Tilly Dunnage wraca po wielu latach do zabitej dziurami mieściny leżącej gdzieś w Australii. Wiele lat temu „wygnano” ją z rodzinnego domu. Dlaczego się tak stało? Tego dowiemy się później. Teraz warto powiedzieć jedno. Tilly ma klasę, jakiej brak niejednej pannie. Jej rodzinny dom to rudera, w której mieszka Szalona Molly Dunnage, matka Tilly. Zostawiona sama sobie doprowadziła mieszkanie do punktu krytycznego. Bród, smród i ubóstwo. Całe szczęście młoda kobieta ma plan i zapał, które pozwalają jej szybko doprowadzić miejsce od stanu używalności. Jej powrót jednak rozszarpuje stare rany i wyciąga na wierzch brudy i tajemnice, o których Tilly nie miała pojęcia. Jej powrót miał na celu zemstę, a to, co się wydarzy, wielokrotnie uderzy w nią bardziej, niż w innych. Całe szczęcie młody Teddy McSwiney szybko pomoże jej stanąć na nogi. Niestety, los jest jednak przewrotny, a klątwa, którą podobno obdarzona jest kobieta, znów daje znać o sobie. Nim jednak do tego dojdzie, Tilly pokazuje wszystkim, że potrafi szyć na maszynie, a z kawałków materiału wyczarowuje cuda. To spod jej ręki wychodzi niesamowita suknia, którą zakłada córka lokalnego sprzedawcy, co owocuje zaręczynami, ona także przygotuje kreacje dla wielu innych osób, żyjących w tej dziurze. Gdy przyjezdna krawcowa zdobędzie już zaufanie „starych” znajomych i sąsiadów zacznie wprowadzać w życie swój plan, który przepełniony jest odpowiednią ilością jadu, goryczy. Wiadomo – zemsta smakuje najlepiej na zimno, ale gdy odpowiednio ją przyprawimy, to okaże się, że nie ma lepszego dania.

Film Jocelyn Moorhouse jest wyjątkowy. W brzydocie kolejnych mieszkańców ukryte są ich przywary. Przygarbiony aptekarz i lekarz, to złośliwy stary pierdziel, któremu sprawia przyjemność dojebywanie innym. Jego niespotykany sposób poruszania się będzie też jego przekleństwem. Nauczycielka ze szkoły to złośliwa zołza faworyzująca jedną tylko osobę. Lokalny sklepikarz to grubawy jegomość, którego żona często zerka na młodego chłopaczka z drugiej strony ulicy. Sierżant Farrat to gliniarz z pociągiem do ubierania się w damskie łaszki. Chociaż jego osoba jest niegroźna, to sposób, w jaki przedstawił go Hugo Weaving, jest perfekcyjny. Teddy McSwiney (młodszy brat Thora), jest ładny i pięknie mówi, a co najważniejsze – wie jak zamieszać w głowie Tilly. Można by tak pisać i pisać. Najważniejsze jest to, że oglądając „The Dressmaker” zdamy sobie sprawę, że my też znamy takie osoby, ludzi wpieprzających się w sprawy innych, którzy sami nie potrafią posprzątać swojego podwórka. Na prawdę warte uwagi kino.

ONA:

Kate Winslet wydaje się być stworzona do takich ról. Piękna, nieskazitelnie idealna… Jej włosy, jej figura, jej styl grania, bycia, jej blada skóra i taka… zawziętość. Jako Myrtle „Tilly” Dunnage, kobieta, która nagle pojawiła się w małym, australijskim miasteczku i która wywróciła go do góry nogami – jest idealna. To nie jest kreacja oscarowa. To jest kreacja, którą łechta się własne ego.

Ten film, mimo bardzo „zwykłej” fabuły, jest szalenie intrygujący i ciągle coś się w nim dzieje. To dramat, w którym pojawia się kilka wątków komediowych, ale nie oszukujmy się – są też takie nieco cięższe. Główna bohaterka to kobieta z ogromem różnych twarzy. Piękna, niebezpieczna. Z tajemnicą. I genialnie szyjąca. Niby zawzięta, ale perfekcyjnie wykorzystująca swoje atuty… Jest też facet!

To jeden z tych nieco babskich filmów, ale nie jest to kolejna durna komedia romantyczna, tak płytka, że przelewa Ci się po bebechach. To taki trochę ambitniejszy film, w którym jest nawet głębia.

A poza tym, jest naprawdę świetnie zrealizowany i zagrany. No i mówi o tym, że najbardziej to trzeba kochać siebie. Dunnage w perfekcyjny sposób pokazała, że wystarczy kilka dobrze skrojonych szmatek, czerwona szminka i pewność siebie. I to najlepsza recepta na to, by czuć się dobrze.