Alan Wake (XBOX360)

ON:

Jeśli miałbym wybrać 3 gry, na których premiery czekałem z niecierpliwością (mowa tu o grach na konsolę Xbox 360), to na pewno jednym z nich byłby wyśmienity „Alan Wake”. To tytuł, który połączył w sobie to, co najlepsze z kilku gatunków i w sposób wręcz filmowy opowiedział nam historię „tak niesamowitą, że Rork postanowił ją sprawdzić”. Przepraszam za to wtrącenie, ale właśnie tak wygląda „Alan”, na każdym kroku znajdziecie nawiązania do popkultury, do książek i filmów, do komiksów i płyt z muzyką. Każdy element tejże produkcji to oczko puszczone przez twórców (studio Remedy Enterteinment) w kierunku gracza.

Niestety, na naszym rodzimym rynku podczas premiery nie obeszło się bez małego zgrzytu. W wersji kolekcjonerskiej nie pojawił się kod na dodatkowe DLC, który dostępny był w innych krajach, gdzie ukazał się „Wake”.  Microsoft tłumaczył swoją decyzję brakiem „LIVE” w Plsce. Nie spowodowało to obniżenia ceny, wręcz przeciwnie – kolekcjonerka „Alana” u nas była w dniu premiery droższa, niż wydanie kupowane w Wielkiej Brytanii. To tak w ramach ciekawostki.

Tytułowy bohater – Alan, jest pisarzem cierpiącym na brak weny, która trwa już dwa lata. Nic nie pomaga w rozwiązaniu tego problemu. Ciężko jest zarabiać pisaniem, jeśli się nie tworzy nowych dzieł. Żona artysty postanawia zabrać go na mały urlop do miasteczka Bright Falls. Tam, w wynajętym starym domku, facet ma podładować akumulatory i na nowo wskoczyć w buty pisarza. Pomysł więcej niż zacny. Co złego może się wydarzyć w malowniczych górsko-leśnych klimatach? Okazuje się, że bardzo wiele. Pamiętacie „Twin Peaks”? Tam też nic nie zapowiadało „demonicznych” wydarzeń. Podobnie ma się sprawa w tej małej mieścinie. Po sprzeczce z ukochaną Alan budzi się w rozwalonym samochodzie, żony nigdzie nie widać, a na dodatek wszędzie panuje dość nienaturalny mrok. Jest on wręcz namacalny. Najciekawsze jest to, że cała sceneria przypomina mu tą, jaka pojawiła się w jego ostatniej książce, której procesu tworzenia nie może sobie przypomnieć. Tak naprawdę to wszystko, co można napisać na temat fabuły, a każdy dodatkowy wiersz może zepsuć zabawę tym, którzy nie mieli okazji zapoznać się z tą produkcją.

alan_wake_marudzenie

„Alan Wake” jest wyjątkowy pod wieloma względami. Po pierwsze budowa, a dokładnie sposób narracji, jaki zastosowano w tym dziele jest inny, niż w większości tytułów. Grę podzielono bowiem na 6 pomniejszych rozdziałów, które kończą się napisami końcowymi. Na początku kolejnego z nich usłyszymy „Poprzednio w Alan Wake”. Serialowa budowa powoduje, iż czujemy się jak uczestnicy interaktywnego filmu, w którym mamy wpływ na losy naszego bohatera. Alan chce znaleźć ukochaną i dowiedzieć się co „do cholery” dzieje się w mieście. Aby uzyskać pełny obraz historii, musi zebrać kolejne strony rękopisu książki, która będzie odpowiedzią na jego pytania. Każdy twardziel wziąłby masę broni i zaczął strzelać na lewo i prawo, ale w przypadku naszego bohatera jest troszkę inaczej. Bo jak zabić coś, co nie jest materialne? Największym sprzymierzeńcem w walce z ciemnością jest światło, jednak snop padający z latarki może zaszkodzić bardziej, niż seria z kałacha. Tak właśnie przyjdzie nam walczyć z czymś, co nas otacza – przy pomocy latarki i pistoletu. Do naszego użytku dojdą także flary i granaty błyskowe. Oczywiście, najlepsza broń jest dostępna bardzo rzadko, a z „cieniami” będziemy musieli rozprawiać się tylko tym, co w danej chwili będziemy mieć pod ręką. Często przyjdzie nam po prostu brać nogi za pas i szybkim krokiem kierować się do najbliższego źródła światła, gdzie złapiemy oddech i uzupełnimy siły. „Alan Wake” nie jest bardzo wymagający i każdy gracz raczej poradzi sobie z trudnościami, co jest świetnym rozwiązaniem. Nic bardziej nie zepsułoby tego tytułu, jak wyśrubowany poziom, który odrzuci od siebie kolejne osoby. W ten sposób nawet „casualowcy” będą mogli spokojnie dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w Bright Falls.

Graficznie przygody pisarza wyglądają bardzo dobrze. Poza kilkoma „sztucznymi animacjami” i średnią mimiką twarzy, dostajemy produkt, który nie męczy tym, co widzimy na ekranie. Zabawa światłem to najmocniejsza strona tego tytułu. Promień z latarki rozprasza się, flary dają rozmazany czerwony błysk, cienie padają we wszystkich kierunkach. Trzeba przyznać, że tworzy to wyjątkowy klimat, który czasem potrafi przyprawić o dreszcze. Kolejna mocna strona „Alana” to oprawa dźwiękowa, nie tylko efekty, ale także dialogi, głos Alana, który jest wręcz idealnie dobrany do tej postaci i oczywiście muzyka. Każdy epizod kończy się piosenką, świetnie pasującą do wydarzeń mających w nim miejsce. Napisany specjalnie przez Poets of the fall – „The Poet and the Muse” jest wręcz hipnotyzujący.

Wszystkie powyższe elementy składają się na naprawdę wyśmienite dzieło, ale największy plus trzeba dać twórcom za wspomniane wcześniej nawiązania do popkultury. Mamy tutaj ukłon dla króla, czyli Kinga, możemy się doszukać Lovecrafta, będą odniesienia do innych autorów, ale przede wszystkim pierwszą myślą, jaką się ciśnie do głowy po odpaleniu gry, jest „Twin Peaks”. Widać jak duży wpływ na ekipę miał serial Lyncha, który dosłownie wypływa z ekranu. Oczywiście, znajdzie się także ukłon w kierunku innych serii, np. „Silent Hill”.

„Alan Wake” jest tytułem, który w odpowiednio ciemnym pokoju, ze świetnym nagłośnieniem i lampką dobrego wina smakuje wyśmienicie. A teraz wybaczcie bo czeka mnie wycieczka po „Bright Falls”.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad