ON:
„Przekładaniec” nie jest ciastem, pomimo tego, iż nazwa to sugeruje, „Przekładaniec” to świetne kino gangsterskie, które wyszło spod ręki Matthew Vaughna. Był to jego debiut reżyserski i tą produkcją postawił sobie i innym naprawdę wysoką poprzeczkę. To idealna, kompletna historia, która pomimo tego, że czasem dość chaotyczna, nie powoduje zmęczenia, ani znudzenia. Całość smakuje najlepiej, jak będziemy ją łykali wielkimi kęsami.
Narratorem jest Pan X (Daniel Craig). To facet obrotny, z zasadami i głową na karku. Od kilku lat pracuje w branży narkotykowej, interes prowadzi w taki sposób, że nikt nie ma jak go dopaść. Płaci kasę komu trzeba, nigdy nie zalega z płatnościami u dostawców, pracuje tylko ze swoim sprawdzonym zespołem i przede wszystkim się nie wychyla. Nadchodzą jednak czasy emerytury, pomimo, że „X” nie jest staruszkiem, to chciałby się zaszyć gdzieś, z dala od tego całego syfu. Pieniądze z nielegalnego interesu regularnie prał u pewnego Hindusa, a to, co wpływało na konto – inwestował. Dzięki temu mógł spać spokojnie i nie martwić się swoją przyszłością, przynajmniej pod względem finansowym. Niestety, wyskoczenie z takiej branży nie należy do najłatwiejszych, szczególnie jeśli twoi przełożeni tego nie chcą, a Pan Jimmy Price, dla którego pracuje „X”, nie takie wiąże z nim plany. Nie emerytura, a zabawa w prywatnego detektywa jest pisana naszemu bohaterowi. Musi odszukać córkę Eddiego Temple’a, kolegi pana Price’a. Dziewczyna odpłynęła w swoim narkotycznym rejsie i ciężko ją namierzyć. Dealer nie jest zachwycony tym zleceniem, ale czego nie robi się dla „bossa”. Dodatkowo ekipa „X-a” ma odebrać towar „pilsów” od niejakiego Duke’a, bandyty z kategorii tych najgorszych. Chodzi on w dresie, na nogach ma mokasyny z frędzlami, keta na szyi, podrobiony „Rolex” na nadgarstku. Duke wpadł na genialny pomysł, że może zapier… towar niejakiego Serba i ujdzie mu to na sucho. Jak pomyślał, tak zrobił, nie pamiętał jednak, że podskakiwanie Serbom to głupi pomysł. Szybko za nim i jego przydupasami wyrusza niejaki „Dragan”, spec od mokrej roboty. Ma on przynieść głowę złodzieja na tacy, a towar odzyskać. Nie trudno się domyślić, że „X” będzie na celowniku mafii, ponieważ robił z „księciem” interesy, a dokładniej miał od niego kupić „trefne pilsy”. Kolejne wątki przeplatają się ze sobą jak warstwy ciasta, tytułowego „przekładańca”, by dać widzom zaskakujący, smakowity efekt końcowy.
Nie ukrywam, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, tym co zobaczyłem. Matthew Vaughn dał nam kino bardzo podobne do gangsterskich filmów Guya Ritchiego, ale nie możemy mówić o naśladownictwie, to inny rodzaj snucia opowieści. Tak czy inaczej warto.
ONA:
„Przekładaniec” to chyba najprostszy rodzaj ciast, jakie kiedykolwiek wymyślono. Wariacji są setki. Biszkopt, na to galaretka, potem owoce albo krem. Albo znowu biszkopt, z marmoladą pomiędzy. Cokolwiek. O dziwo „Przekładaniec” to też całkiem znośny film z 2004 roku. Szok! I do tego gra w nim jeden z moich ulubionych aktorów, pięknooki Daniel Craig. Jakim cudem ja tego dzieła nie widziałam wcześniej?!
Mam wrażenie, że dzieło Matthew Vaughna (wiecie, że to mąż Claudii Schiffer?) gdzieś po prostu cichaczem przeszło przez kinematografię. I strasznie dziwi mnie to dlaczego? Przeanalizowałam wszystkie wady i zalety i mam trzy solidne punkty, które świadczą o tym, że film jest naprawdę niezły.
Po pierwsze: fabuła. Całkiem udana. Mamy przystojnego do granic przyzwoitości Craiga, który co prawda jeszcze nie miał wtedy muskulatury Bonda, ale widać na jego twarzy ten zawadiacki uśmieszek. Gra on tajemniczego handlarza prochami, który opowiada nam całą zakręconą historię swoich tarapatów. Pan X jest dobrze ustawionym narko-biznesmenem, który planuje wycofać się z branży. Ale to nie jest takie łatwe. Czeka go jeszcze jedno zadanie. Nie należy ono niestety do zbyt prostych. I jednocześnie, piekąc dwie pieczenie na jednym ogniu, X chce załatwić to, co ma i potem po prostu zniknąć. Tajemnica jest tkana bardzo dokładnie i ciągle nie wiemy kto jest tym dobrym, a kto złym. Twórcy wodzą nas za nos, a my do końca zastanawiamy się kto kogo przechytrzy. Finał rozwiera usta.
Idźmy dalej: muzyka. Ilan Eshkeru, Lisa Gerrard i Patrick Cassidy stworzyli absolutnie świetną ścieżkę, która dodaje niesamowitego klimatu całej historii. Dźwięki współgrały z tym, co widziałam na ekranie i razem tworzyło to niezwykły sens. Jeśli chodzi o soundtracki, to moimi perełkami jest muzyka do „Drive” i „Pulp Fiction”. Co prawda w „Przekładańcu” nie ma tego poziomu, ale jest dobrze i interesująco.
Co dalej? Kadry i zdjęcia. Zachwycają! Dynamizm ujęć jest wart uwagi i kopiowania. Całość pokazana jest niebywale wizjonersko, z bardzo brytyjskim smakiem, ale bez zbędnej powściągliwości. Nie ma tu statycznego nudzenia widza ciągle powtarzanymi sekwencjami, jest za to budowanie tajemnicy pokazane w sposób żywiołowy i po prostu ciekawy. I ładny.
Czy warto? Owszem, bardzo. Dla fanów sensacji (szczególnie angielskiej), dla tych, którzy lubią być zaskoczeni i dla tych, którzy nie liczą na słitaśny happy end.
