ON:
Ehhh… muszę sobie wzdechnąć, bowiem jako ogromny fan uniwersum Aliena, który nawet „Prometeusza” przytulił jak ojciec syna marnotrawnego, zostałem zgwałcony. Gwałt na mojej osobie przeprowadziło studio Gearbox. Jest ono odpowiedzialne za najnowszy tytuł z xenomorfami w roli głównej – mowa o „Alien: Colonial Marines”. Każdy fan gier wie, że ekipa ta stworzyła serię „Brothers In Arms”, „Duke Nukema Forever” i genialne Borderlands. Jeśli jeszcze BiA i DN:F był taki sobie, to Bordery są jedną z lepszych gier, w jakie przyszło mi grać. Więc co się takiego wydarzyło, że nowy Alien jest tak bardzo, bardzo zły?
Obstawiam, że zbytnio skupiono się na dopieszczaniu „terenów przygranicznych” i dodatków do nich. To jednak dobra, znana już marka, mająca wielu fanów na całym świcie. Przez to A:CM potraktowano bardzo po macoszemu, więc dostaliśmy twardy, zimny kotlet, jakiego nawet pies nie ruszy. Singlowa kampania Aliena opowiada o ekipie marines, która odebrała sygnał S.O.S od Hicksa. Jeśli ktoś nie pamięta, to ten koleś, co pomagał do samego końca Ripley. Nam przyjdzie się wcielić w niejakiego Wintera, który łyka rozkazy swoich przełożonych jak pelikan puszkę sardynek. Trep wraz z kumplami do bicia musi sprawdzić co wydarzyło się na USS Sulaco, czyli statku, z którego Ellen Ripley wywaliła pasażerkę na gapę. To początek trwającej około 6 godzin przygody. Przyznam się, że wystraszyła mnie ona dwa razy. Raz, gdy mój kompan zmaterializował się przede mną w ciemnym korytarzu, drugi raz, gdy zmaterializował się przede mną ponownie. Scenariusz stara się nam wytłumaczyć „kto?” lub „co?” stoi za wydarzeniami, mającymi miejsce w kolonii Hadley’s Hope. Od razu mówię, że udaje mu się to bardzo średnio. Postacie są płaskie, a gra aktorska na poziomie amerykańskich seriali dla kur domowych. Całość sprowadza się do systematycznego przemierzania ciasnych korytarzy i strzelania do wszystkiego, co się rusza. No od czasu do czasu trzeba jeszcze nacisnąć jakiś guziczek.
Już tłumaczę dlaczego ten FPS jest tak tragiczny. Zacznijmy od grafiki. Nie jestem osobą, która zwraca uwagę na wygląd i efekty, wychowałem się na 8 bitowych konsolach i nawet kilka pixeli potrafi mnie bawić. Tutaj jednak ktoś ewidentnie dał dupy. Wszystkie lokacje obłożone są teksturami o niskiej rozdzielczości, które na dodatek potrafią doczytać się z bardzo dużym opóźnieniem. Sytuacje, gdy wejdziemy do pokoju i dopiero po 3-4 sekundach pojawią się w nim tekstury – to normalka. Dodajmy do tego lewitujące potwory i przedmioty – bajka. Kolejna sprawa to samo strzelanie. Po prostu trafiasz na oślep, więc zapomnijcie o headshotach, to nie w tej grze. Walisz gdzie popadnie, bo i tak nie masz innego wyjścia. Do szerzenia masowej zagłady mamy naście typów broni, ale i tak koniec końców grę ukończymy korzystając tylko z karabinu i strzelby, a reszta jest nam jak psu buty, a rybie ręcznik. Kolejna sprawa, to dźwięk. Do gry przeniesiono odgłosy broni i obcych, dobrze znane nam z filmów, ale co z tego, jeśli podczas gry dźwięk kilka razy potrafił mi się „zrobić” w MONO. Kolejna sprawa to znikające przedmioty. Na jednej z misji nie udało mi się odnaleźć audiologa, ponieważ zniknął on ze stołu i dopiero przeładowanie gry pozwoliło mi na zebranie tej „znajdki”. Warto także zwrócić uwagę na to, że twórcy na chama chcą wyciągną kasę z gracza. Od początku zapowiedziano szereg dodatków, mających urozmaicić nam zabawę. Co z tego jeśli wszystkie trzymają ten sam poziom, jaki ma podstawka. Szkoda.
„Alien: Colonial Marines” to tytuł bardzo przeciętny i tym bardziej boli to, że bazuje na licencji jednego z najlepszych filmów sci-fi ever. Jedyny plus to edycja kolekcjonerska, która zawiera kilka fajnych gadżetów, między innymi figurkę, naszywki i blueprint statku, jaki znajduje się w grze. Dzięki temu, że tytuł jest tak strasznie słaby, możemy sobie kupić EK za 100zł. Jeśli jesteście fanami Aliena, to wydajcie tą stówkę na same gadżety, a grę potraktujcie jako konieczny dodatek do całości, bo sama sama w sobie nie jest warta więcej niż 30zł.
