ONA:

Z komediami romantycznymi jest niestety tak, że chcąc nie chcąc bardzo łatwo mogą one wzruszyć swoją ckliwością, słodkim zakończeniem i całą masą dodatkowych łzopędnych ozdobników. Zwykle kończy się to tak, że ironicznie obśmiewam fabułę, a na końcu wycieram ukradkiem mele w rękaw, żeby Dejw się ze mnie nie śmiał.

Messer (Josh Duhamel) to facet, który jest mocno ukierunkowany na szybkie i intensywne życie. Kobiety same pchają się mu do łóżka, a on przecież ich nie wyrzuci. Holly (Katherine Heigl) z kolei leczy rany i pragnie mężczyzny, który da jej stabilizację, który będzie dla niej oparciem, kompanem i przyjacielem. Deep Blue Something nagrali piosenkę, której słowa idealnie pasują do tych dwojga:

„You’ll say that we’ve got nothing in common. 

No common ground to start from. 

And we’re falling apart”

Pech chciał, że ich wspólni znajomi, Peter i Alison chcą ich zeswatać. Niestety, pierwsza randka okazała się ostatnią i była do tego totalną katastrofą. Ale Messer i Holly ciągle gdzieś wspólnie się spotykali, właśnie z powodu Novaków. Przyzwyczaili się do swojej obecności, bo przyjaźń, którą odnaleźli w Peterze i Alison była więcej warta, niż jakieś wzajemne animozje. Chcąc nie chcąc są świadkami szczęścia swoich przyjaciół. Najpierw ślub, potem pojawienie się na świecie ich córeczki, Sophie. Holly i Messer zostają jej rodzicami chrzestnymi. Niestety, rodzinno-przyjacielsko sielankę kończy straszliwa tragedia. Novakowie giną w wypadku samochodowym. Osieracają swoją małą pociechę, która – na ich życzenie, ma zostać „oddana” pod opiekę nikomu innemu, jak właśnie ich przyjaciołom. Wieść ta spada na Holly i Messera jak grom z nieba. Nie dosyć, że właśnie stracili bliskie im osoby, to teraz mają, muszą wręcz postawić całe swoje dotychczasowe życie na głowie i zająć się Sophie. Zgodnie z życzeniem przyjaciół, mają przeprowadzić się do ich domu, by mała dalej żyła w swoim „naturalnym” środowisku. Holly chce wszystko robić idealnie. Ma nadzieję, że jej kobiecy instynkt pomoże jej. Messer idzie na spontan. I oczywiście, jak to w takich filmach bywa, świeżo „upieczeni” rodzice powoli zaczynają coś do siebie czuć. Ale los (i wizje scenarzystów) bywa pokrętny i wcale nie będzie tak łatwo i kolorowo.

Obejrzeliśmy ten film przypadkiem, właściwie ukradkiem, kiedy to raczyliśmy się swojskimi trunkami na bazie alkoholu. Niestety, ja należę do gatunku kobiet, które omyłkowo zostały wyposażone w standardzie w macicę i o wiele bardziej wzruszają mnie szczeniaczki, niż uślinione berbecie, no ale oglądałam. Właściwie najbardziej podobał mi się dom Novaków, w którym po ich śmierci zamieszkali bohaterowie. Jest on przestronny, smakowicie urządzony, z wielką i funkcjonalną kuchnią. Każdy detal podbijał jego smak i nagle zapragnęłam przemalować moje meble w kolorze wenge na kremową biel, nagle zapragnęłam powiesić zdjęcia na klatce schodowej, nie wspominając już o tym, że moja podświadomość pulsowała jak członek nastolatka, gdy tylko widziałam kolory ścian w filmie. O tym domu mogłabym rozpisywać się godzinami, ale to nie jest blog wnętrzarski, niestety.

Czy ten film ma inne zalety? Nie. Przepraszam, nie lubię komedii romantycznych, nawet jak są one lekko okraszone humorem. Dla mnie ten rodzaj „przeżywania” jest zupełnie taki sam jak w przeciętnych horrorach, gdzie cię straszą, a nie budują klimat grozy. Mój organizm próbuje walczyć z tym, ale naturalną jego reakcją jest to, że czasem podskoczę. Nie ma to jednak nic wspólnego ze strachem. Tak też jest w przypadku komedii romantycznych. Dawka ukrytych i obnażonych emocji podawana jest tak, że zawsze, ZAWSZE z czymś z twojego życia się to skojarzy, dziubnie do żywego i gdzieś ucieknie ci ta jedna łza. Ale ustalmy coś – wybitne kino to to nie jest.

No i najważniejsze, drogie panie – nie każcie swoim partnerom oglądać tego razem z wami. Jeśli macie ochotę na wzruszenia, to oczywiście, nie ma co walczyć z hormonami. Ale przestrzeń obok siebie wypełnijcie lodami, czekoladą, chusteczkami, a nie włochatym 36,6.

ON:

Właściwie film widziałem kątem oka podczas rodzinnej kolacji kiedy to pojawiły się także niewielkie ilości słodkiej wiśniówki. Ponieważ komedie romantyczne, a tym bardziej filmy, w których pojawiają się dzieci, nie wywołują u mnie pozytywnych reakcji chemicznych, to najchętniej bym o tym dziele po prostu zapomniał. Niestety, trzeba napisać o nim kilka zdań. Jak mus, to mus.

Film jest przeciętny jak kiełbasa „zwyczajna”, która czasy świetności ma dawno za sobą. Nic nowego nie wnosi do gatunku, historyjka nie urywa tyłka i już na początku wiadomo, co czeka nas na końcu. Właściwie równie dobrze mogło by go w ogóle nie być i tak nikt by za nim nie zapłakał.

Panowie, jeśli kiedyś wasze kobiety będą chciały abyście zobaczyli ten film, to znajdziecie proszę jakąś wspaniałą wymówkę. Niech to będzie np. pomoc w odebraniu porodu krowy sąsiada lub coś w ten deseń. Dzięki temu możecie wyskoczyć do kumpla na browar i przy okazji uniknąć zlasowania się mózgu. A tak z innej beczki. Jeśli porównamy ten film do 90% polskich produkcji, to będziemy mieć do czynienia z arcydziełem kinematografii.