ON:
W czasie, gdy wszyscy zachwycają się najnowszymi produkcjami na XBOXONE i PS4, ja nadal rozprawiam się z biblioteką na starego poczciwego XBOX360. Jest jeszcze trochę tytułów, które czekają na swoją kolej. Ponieważ ostatnio światło dzienne ujrzała „Bayonetta 2”, postanowiłem przypomnieć jej poprzedniczkę – „Bayonettę”.
Twór, który wyszedł spod skrzydeł Platinum Games, jest przykładem połączenia sztuki i kiczu. Mix ten jest tak popieprzony, że jedni go pokochają, a inni znienawidzą. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy, chociaż o ślepej miłości nie ma tutaj mowy.
Bayonetta to czarownica. Wysoka, szczupła, ma kawałek tyłka i kawałek cycka, ubrana w czarny obcisły kostium i nosząca seksowne okulary jest postacią, której męska część graczy nie będzie mogła się oprzeć. Jest tak bardzo japońska, tak bardzo mangowa, że trudno tego nie zauważyć. Całe szczęście zrezygnowano z kreski znanej z filmów anime, co uratowało ją postać przed oszpeceniem. Dzięki takiemu ujęciu jej osoby widać erotyzm wylewający się wręcz z ekranu telewizora. Bayonetta nie jest bezbronną kobietką, to wiedźma, która pilnuje równowagi we wszechświecie. Równowagi pomiędzy światłem i ciemnością. Może trudno nazwać ją szeryfem, ale ma w sobie coś ze strażnika, który jest twardy, wredny i seksowny.
Ponieważ w produkcji swoje palce maczał Hideki Kamiya, nie możemy się dziwić, że azjatyckie naleciałości są tak bardzo widoczne w tym tytule. Kicz, j-pop, lizaki, cycki, krew, przemoc i niemożliwe do wykonania sztuczki, to normalka w tym tytule. Bayonetta na pewno w pewien sposób czerpie pomysły i rozwiązania z Devil May Cry, ale należy pamiętać, że są to dwie zupełnie inne gry.
O co w tym wszystkim chodzi? O czysty, zdrowy wygrzew. Wiedźma została przebudzona i musi skopać trochę anielskich dup po to, aby znów zapanowała równowaga we wszechświecie. Anioły nie są tak ładne, jakby się nam wydawało, więcej w nich karykaturalnych stworów, niż cherubinków znanych z kościelnych obrazów. Na pomoc w eksterminacji przyjdą nam pistolety i miecz, które są na wyposażeniu wiedźmy od samego początku. Im dalej się posuniemy w historii, tym więcej rzeczy znajdzie się w naszym posiadaniu i więcej ciosów będziemy mogli zadać. Trzeba przyznać, że wachlarz ruchów seksownej czarownicy jest imponujący. Uderzenia rękami, nogami, ciosy mieczem, rękawicami bojowymi, włóczniami, strzały z pistoletów, wyskoki, wybicia, ciosy specjalne oraz tortury. Wszystkie efekciarskie i co najważniejsze krwawe, brutalne i zabójcze. Co kilka poziomów przyjdzie spotkać się nam z większym jegomościem, którego trzeba wyeliminować. Walki te są widowiskowe, a na każdego bossa jest jakiś sposób, który pozwala na jego wykończenie praktycznie bez straty energii. Jeśli jednak zostaniemy ranni – nic się nie dzieje, naszą energię odnowimy przy pomocy lizaków. Tak lizaków, bowiem czarownica je uwielbia.
Gdy zaczniemy zabawę szybko zauważymy jak urozmaicona jest rozgrywka. Czasem musimy tłuc anielskie pyski, a czasem ścigać uciekającego niemilca na motorze, manewrując pomiędzy autami na autostradzie. Jedna z walk z bosem odbywa się na otwartym morzu, a my przemieszczamy się na desce. Takich dziwactw jest więcej, ale co ciekawe nie przeszkadzają one w żaden sposób.
Bayonetta to tytuł dobry, dziwaczny ale dobry. Jest tylko jedno ale: trafi on tylko do wybranych, którzy strawią kiczowaty klimat.
