ONA:

Mam problem z tym, żeby tak od razu podać tytuły swoich ulubionych filmów, bo ja kocham je wszystkie. Mam chwilowych faworytów, ale to zależy od wielu czynników: od nastroju, sytuacji, okoliczności i zlepku różnych emocji. Ale mam też „listę” filmów, które również bardzo lubię, ale nigdy nie pochwalę się słabością do produkcji, które tam się znajdują. No ok, poza dzisiejszym wpisem. Niech będzie – mam chwilę słabości. 

Lubię filmy biograficzne, kostiumowe, historyczne i historyczne, ale szyte grubymi nićmi (czyli coś na zasadzie: pewne fakty są, ale resztę dodał scenarzysta). Ja chyba w poprzednim wcieleniu naprawdę byłam jakąś księżniczką, bo takie opowieści kręcą mnie strasznie. Tak, wiem. Na ogół trącą one straszną tandetą. Co poradzić. Mogę pracować nad swoim gustem katując się filmami ambitnymi, ale koniec końców zawsze wyląduję w łóżku z dziełami typu „Człowiek w żelaznej masce”.

Podobno w tej historii jest sporo prawdy. Podobno w Bastylii naprawdę więziony był człowiek, którego głowa zakuta była w maskę. I nikt, pod groźbą śmierci, nie mógł mu jej zdjąć. Do dziś nie mamy pewności kim była ta osoba. Włoski dyplomata? A może ktoś z jeszcze wyższych sfer? Może faktycznie L’Homme au Masque de Fer był bratem Ludwika XIV? O tym jak ta historia mogła wyglądać, opowiadał sam Wolter. A potem, wiele wieków później Randall Wallace wprowadził ją na duży ekran…

Młody władca, Ludwik XIV, rządzi swoim krajem dość pokracznie. On otacza się bogactwem i przepychem, a lud głoduje, żyje w nędzy. Tylko czekać, aż wreszcie wyjdzie na ulice, przeciwstawiając się swojemu królowi. Poprzedniego władcę uwielbiano, ludzie stali za nim, a muszkieterowie obok niego. Ale po jego śmierci na tron wszedł mściwy, władczy, porywczy gnojek (Leonardo DiCaprio), którego interesowała tylko absolutna władza i regularny upust napięcia z lędźwi. Obok niego stał tylko D’Artagnan (Gabriel Byrne), który ciągle łudził się, że z młodzieniaszka kiedyś wyrośnie honorowy, dobry król. Nadzieja ponad wszystko. Pozostali muszkieterowie odsunęli się od tronu i wiedli spokojne życie emerytów. Aramis (Jeremy Irons) został duchownym, który zanurzył się w modlitwie, w przeciwieństwie do Portosa (Gerard Depardieu), który za wszelką cenę próbował przedłużyć wigor swojego organizmu. Jeden na klęczkach, z różańcem w dłoni, drugi otoczony wianuszkiem cycatych kobiet, z podupadającą erekcją. No i Atos (John Malkovich), który z radością patrzył, jak jego syn wchodzi w dorosłość i właśnie pragnie oświadczyć się przepięknej niewieście. Sprawy wszystkich muszkieterów krzyżuje Ludwik…

Jestem absolutnie świadoma tego, że „Człowiek w żelaznej masce” to film kiczowaty do granic przyzwoitości. Ale dla mnie to najlepsza ekranizacja przygód muszkieterów, jaką kiedykolwiek widziałam. Mnie ona i bawi, i wzrusza. Jest tu sporo humoru, który miesza się z heroizmem, honorem (i jeszcze kilkoma innymi wyrazami na „h”). Aktorsko – klasa. Panowie brawurowo wchodzą w swoje role. Uwielbiam przenikliwość Ironsa, rubaszność Depardieu i autentyczne cierpienie Malkovicha. Di Caprio na tle tej gwardii wypada dość nędznawie – jego postacie, bo w tym filmie ma dwie role, są strasznie przerysowane, ale widać taki był zamysł twórców. Wśród zalet mogę wymienić jeszcze świetną oprawę muzyczną i całe tło, czyli scenografie i stroje, ale to w końcu film kostiumowy i to z wyższej półki budżetowej.

Nie oglądam go zbyt często, ale każdy seans i tak jest przyjemnością. Świetnie opowiedziana fabuła w połączeniu z odpowiednio wyważoną akcją, a także z wielogatunkowością sprawia, że to bardzo fajna produkcja, którą mam nadzieje przyszłość doceni.