Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

KSIĄŻKI

Bertrand Meyer-Stabley – “Kobiety, które wstrząsneły światem mody”

ONA:

Były od zawsze – od prastarych czasów, kiedy to po raz pierwszy zakładały paciorki, przyozdabiały skóry i futra. Spinały płótna tak, by tworzyć pierwsze powłóczyste suknie, tuniki. Miranda Priestly – czyli diabeł w Pradzie, dość skutecznie zamknęła usta wszystkim, którzy z mody kpią – to od dziesiątek lat coraz bardziej rosnący w siłę biznes, który rokrocznie wzmacnia swoją pozycję o kolejne miliony, miliardy. Kręci, inspiruje, podnieca. To dziedzina sztuki w sposób naturalny przeniesiona do codziennego życia – już od chwili, kiedy człowiek zszedł z drzewa i pozycji wyprostowanej zaczął stąpać po ziemi… Dziś o książce, która zrobiła na mnie spore wrażenie, bo odkryła przede mną wiele fascynujących postaci. Dziś „Kobiety, które wstrząsneły światem mody”.Prawo „projektowania” przez całe stulecia należało wyłącznie do mężczyzn. Kobiety mogły być co najwyżej szwaczkami. Co z tego, że robiły to z perfekcyjną techniką, dbając o każdy detal, a sztukę tę opanowały absolutnie. Kpiono z nich, szyderczo nazywano „modniarkami”. Ale w końcu nadszedł czas zmian. Zmian z Różą Bertin na czele. Zmian, które doprowadziły do tego, że współczesne projektantki, m.in. Rykiel, Westwood czy Prada mogły tworzyć w sposób zupełnie wolny i nieograniczony.

Zacznijmy od wspomnianej Róży Bertin. Na dworze Marii Antoniny miała wiele względów. Była kimś więcej, niż zwykłą „modniarką”. Była ministrem mody, której nazwisko stało się marką. Do perfekcyjnego szycia dodała kreatywność i odwagę, a „romans” z arystokracją zaprowadził ją na sam szczyt. Jej styl zachwycał dwór i nie tylko. Z rozkoszą omijała wszelkie zasady. Niestety, wraz z upadkiem monarchii i ona musiała osunąć się w cień, chociaż „jej” metka – „Madmoiselle Bertin de Paris” do dziś ma się dobrze. Róża Bertin – pierwsza kapłanka mody.

Kolejną ważną eminencją była Jeanne Paquin. Można o niej powiedzieć, że była pierwszą nowoczesną projektantką o międzynarodowej renomie. Połączyła talent z elegancją i finezją. Rezygnując z mocno zdobnego „stylu tapicerskiego” – dała klientką smukłość. Postawiła na lekkość formy i delikatne pastele, chociaż jej znakiem rozpoznawczym stała się czerwień – rouge Paquin. Ta energiczna brunetka, która swoim interesem rządziła niczym prawdziwa królowa pszczół, czciła nade wszystko piękno. Dzięki niej haute couture musiało oddać nieco miejsca Prêt-à-porter.

Później przyszły czasy Jeanne Lanvin – pierwsze nazwisko w tym zbiorze, które kojarzyłam. Jako młoda dziewczyna zaczynała „w branży” od zbierania szpilek i zamiatania, przenosiła bele z materiałami, była na posyłki. Ale dzięki temu zdobyła coś uber-cennego. Poznała tajniki zawodu. Do historii mody przeszła między innymi dzięki dziecięcym projektom – jej stroje nosiły brytyjskie księżniczki – Elżbieta i Małgorzata. Ba, nawet ich lalki! W walce o bycie nr 1 towarzyszyła jej moje ulubiona, jedyna w swoim rodzaju – Coco Channel.

Zanim dojdę do Coco, trzeba poświęcić nieco czasu Madeleine Vionnet – feministce, modowej pionierce, prawdziwej architektce projektowania, która buntowała się i szerzyła zgorszenie. Ale jej wierne klientki podążały za jej intuicją i pomysłami. Jej szlachetna linia kroju wydobywała z kobiety to, co w niej było najpiękniejsze. Niestety, projektantka ta mimo ogromnego wpływu w świat mody, została zapomniana, a jej helleńskie suknie weszły w cień, zdetronizowane przez inne twórczynie.

Nie sposób mówić o kobietach, które zrewolucjonizowały modę, bez Coco. To legenda. Legenda, która do dziś jest synonimem elegancji. To legenda, która do dziś sygnuje swoim nazwiskiem jedną z największych, najpopularniejszych marek. Wzór, inspiracja, 100% projektantka. Artystka ponadczasowa. Duch. Styl. Coco roztaczała wokół siebie niebywale tajemniczą aurę. Kłamała, kokietowała, zacierała ślady i szydziła. Coco [fr.] oznaczało ziółko, urwisa. I taka też była. Channel to czerń i biel. To dwie splecione ze soba litery C. To ambicja, która zbudowała imperium. To kobieta, która pokazała, że można żyć po męsku. W modzie stawiała na prostotę: na proste materiały i kształty. Stworzyła nowy typ kobiety, której dała wolność i wybór. Nie tworzyła mody. Ona cała była modą. Niezłomna mademoiselle, francuska do szpiku kości.

W czasach, kiedy Channel oddawała cześć prostocie – Elsa Schiaparelli wybrała surrealizm. Balenciaga mawiał, że „Channel miała bardzo niewiele gustu, ale był on dobry. Schiap miała go bardzo dużo, ale był on zły”. Jej pomysły były nie do podrobienia. Elegancka ekstrawagancja mieszała się z szaleństwem. Kontrasty, zuchwałość, awangarda. Do tego uwodzicielstwo i wolność. Diabelska prowokacja – to broniło się samo. O dziwo nikt nie pytał „A kto to będzie nosił?”. Schiap deptała przeciętniactwo, będąc natchnieniem.

Z kolei Nina Ricci była wyjątkowym przypadkiem w historii haute couture. Szybko stała się modna, a to, że obniżyła swoje ceny o około 30% w stosunku do konkurencji sprawiło, że prędko zaczęła być noszona przez zamożne mieszczanki, a nie tylko pojedyncze, wielkie gwiazdy. Stawiała na proporcje i twarzowe kreacje, z których bił blask prostoty.

I o ile Ricci docierała do coraz szerszych mas, Madame Gres – ukochała sobie śmietankę: od koronowanych głów, po gwiazdy Hollywood. Cały czas poszukiwała doskonałości. Z wirtuozerią godną mistrza upinała draperie. Była artystką inteligentną i orędowniczką prostoty. Jej sztuka wspierała się na trzech filarach: na materiale, na wybitnej technice i na trudnych, nieokreślonych kolorach.

Carven zaczęła przygodę z modą od siebie. Miała 155 cm wzrostu i wszystko dla niej było za duże. Kto by pomyślał, że nieco później będzie mieć na koncie ok. 25 tysięcy projektów (co daje zawrotną sumę 600 sztuk na rok). Ze swojego defektu uczyniła wartość – znalazła swoją niszę. Jej moda była młoda, spontaniczna, przystępna i… w małych rozmiarach. Była antytezą Channel i obaliła wiele modowych hegemonii.

Kolejną moją ulubienicą, której poświęcono rozdział w książce jest Sonia Rykiel. Nieco wyniosła, nieco szalona, z dawką czegoś niedokończonego, zmysłowo tryumfowała i narcystycznie kokietowała. Jest jedną z ostatnich kapłanek mody. Jej bliźniaczy charakter oddawała każda kolekcja. Ultrakobieca i surowa. Wygodna, ale z detalami. Jedno było stałe: wolność, kobiecość i paradoksalnie zmienność. W dzieciństwie postanowiła, że będzie dumna. Instynkt jej nie zawodził. Opalała zasady, pruła i rozsadzała reguły mody. Grała o wszystko, z hazardowym zacięciem. Drapieżna artystka, która niełatwo oddała córce imperium. Królowa-matka, której w życiu przeszkadza tylko jedno. KP – kurewski Parkinson.

Świat mody – tak dzielnie rozwijany od czasów Róży Bertin, czekał na moment, kiedy na scenę będzie mogła wejść ta kreatorka. Modowa anarchistka, Matka Boska Punkowska. Zuchwała, dowcipna, bojowniczka. Przeciwniczka fashion biznesu, która bardzo mocno była związana z Sex Pistols. Tworzyła antymodę, a natchnienie czerpała z ulicy. Jedyna w swoim rodzaju – Vivienne Westwood.

No i ostatnia wielka – nazywana przez znawców „twardym dyskiem mody” – Miuccia Prada. Przerodziła rodzinny biznes w wielką, luksusową markę. Jej credo to nowoczesna elegancja. Stawia na minimalizm, bawi się materiałami. Myśli i tworzy koncepcyjnie. Spadkobierczyni Coco. Ubiera największych – w tym samego diabła.

Wieczory z książką Bertranda Meyer-Stabley’a były rewelacyjne. Mimo, że to biografia – czyta się ją z wypiekami na twarzy Historie kobiet oddanych modzie wciągały, inspirowały i sprawiały, że we mnie obudziła się ogromna potrzeba kreowania. Dla mnie takie „opowieści” są o wiele bardziej stymulujące do działania, niż te wszystkie śmieszne książki „o żabach”, które rzekomo uczą życia. Pozycja obowiązkowa dla fanek mody, ale nie tylko. Świetna lektura dla kobiet, o kobietach. Bo moda jest kobietą.