Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

GRY

Max: The Curse of Brotherhood (XBOX360)

ON:

Jeśli miałbym przyrównać „Max: The Curse of Brotherhood” do innego tytułu, to powiedziałbym, że klimatem i stylistyką najbliżej mu do „Heart of Darkness” – kultowej platformówki z końca lat 90-tych. W obu przypadkach historia przenosi nas do innego świata, położonego gdzieś na krawędzi, gdzie nasz bohater musi liczyć się z tym, że każdy fałszywy krok może zakończyć się śmiercią. Tytuły łączy coś jeszcze. Jest to wyjątkowa grywalność, której często brak najnowszym produkcjom.

Tytułowy Max to wyrośnięty dzieciak z rudą czupryną, którego utrapieniem jest młodszy braciszek – Felix. Pewnego dnia, po powrocie do domu, Max ma już dość, wskakuje na łóżko i w wyszukiwarce szuka sposobu na całkowite pozbycie się wrzoda. Wymawiając znajdujące się na jednej ze stron zaklęcie, pewnie nawet nie spodziewa się, że za jego plecami otworzy się portal, z którego wyłoni się wielkie, włochate łapsko i wciągnie jego brata do innego świata. Mimo niechęci, jaką pałał do swojego młodszego bracika, Max bardzo szybko decyduje się na skok w zamykające się przejście. Tak zaczyna się jego przygoda.

Max-Curse

Pierwszy level ma nas zapoznać z rozgrywką. Dość szybko zobaczymy, że „Max: The Curse of Brotherhood”, to platformówka w 2,5D, która czerpie najlepsze rzeczy z innych docenionych tytułów, ale i wprowadza własne rozwiązania, mające na celu urozmaicenie gry. Gdy po pierwszych pięciu minutach dobiegniemy do wielkiego drzewa na pustyni i spotkamy się z pewną kobietą, w nasze ręce wpadnie magiczny pisak. To on jest bronią, która pozwoli nam przetrwać kolejne etapy. Wszystko dlatego, że zaczarowany marker pozwala nam ingerować w otaczające nas środowisko. Dzięki niemu namalujemy gałęzie, po których możemy się wspinać, liany, „wstęgi” wody pod ciśnieniem. Gdyby nie te dorysowane elementy, nasza podróż byłaby niemożliwa. W wielu miejscach po prostu musimy użyć naszego flamastra. Im dalej zawędrujemy, tym trudniejsze będą zagadki, które przyjdzie nam rozwiązać.

Oprawa graficzna przygód Maxa jest naprawdę bardzo ładna. Kolorowa, ale jednocześnie bardzo mroczna. Na każdym kroku czeka na naszego bohatera jakieś niebezpieczeństwo, a zginąć można na wiele sposobów. Flora i fauna nie są naszymi sprzymierzeńcami podczas tejże podróży i dość szybko okaże się, że naszego braciszka dopadł zły jegomość, niejaki Mustacho. Dzięki niemu cała kraina pogrążyła się w mroku i chaosie. Naszym zadaniem będzie oczywiście odbicie brata oraz spuszczenie łomotu facetowi z wąsem. A wracając do grafiki: nie mam się tutaj do czego przyczepić, a skojarzenie ze wspomnianym wcześniej „Heart of Darkness” nie jest przypadkowe. Te gry są czasami bardzo do siebie podobne.

„Max: The Curse of Brotherhood” na pewno nie jest grą dla dzieci. Nie tylko dlatego, że jest mało dziecięca i na pewno kilkulatkowie mogą mieć problem z odbiorem tego tytułu, ale dlatego też, że jest grą trudną. Są tutaj etapy, które wręcz doprowadzają do białej gorączki. Całe szczęście twórcy nie ograniczyli nam ilości powtórzeń i możemy próbować do skutku przeskoczyć rozpadlinę lub uciec przed stworem. Na zakończenie dodam jeszcze, że po przejściu każdego z etapów możemy powtórzyć go ponownie, aby zebrać znajdźki lub po prostu poprawić wyniki. Dzięki temu wydłużamy trochę żywotność tego tytułu.

„Max: The Curse of Brotherhood” jest grą dobrą, którą polecam każdemu fanowi platformówek.