Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Wedding Crashers

ONA:

Szczerze powiedziawszy, kiedy zaproponowałam, że moglibyśmy zrecenzować ten film, myślałam, że Dejw odpuści. Jego niechęć do Owena Wilsona jest wręcz legendarna. Ale o dziwo zgodził się, bo ponoć przekonał go Vince Vaughn. I chyba film mu się spodobał, bo rechotał dość konkretnie. Zresztą, „Polowanie na druchny” to naprawdę fajna komedia, przy której można się zdrowo uśmiać.

Faceci mają swoje sznyty, jeśli chodzi po sposoby podrywania. Jedni uderzają w centrach handlowych, inni uwodzą „na szczeniaczka”, jeszcze inni na aktywność fizyczną, ale John (O. Wilson) i Jeremy (V. Vaughn) poszli dalej. Oni polują na ślubach. Kiedy przychodzi sezon weselny wyciągają swoje najlepsze garnitury, wymyślają kolejną bzdurną historyjkę, pakują „powietrze” w zdobny papier i ruszają na imprezę. Tam zawsze znajdą się jakieś łanie, które wieczorem, po odpowiednim zastymulowaniu, wypełnią nasieniem. Mają swój kodeks honorowy, którego trzymają się mocno. I wtedy pojawia się wyjątkowa okazja: wysoko postawiony polityk, sekretarz Cleary (Christopher Walken) wydaje za mąż córkę. Ślub roku! Chłopaki muszą na nim być. John z miejsca zawiesza oko na Claire (Rachel McAdams), siostrze panny młodej. Problemy są dwa: ona ma narzeczonego (w tej roli genialny Bradley Cooper), a Johnowi do gaci najchętniej to dobrałaby się mama weselna (Jane Seymour, która chyba się nie starzeje). Jeśli zaś chodzi o Jeremy’ego, to ten jest zdecydowanie bardziej w dupie. Zaczął ślinić się do trzeciej siostry, rudowłosej Glorii (Isla Fisher). Gdzie ten „wdupizm”? Ano wielkolud jest bardzo w typie Todda, ekscentrycznego i niezbyt udanego artysty, syna sekretarza, a ruda jest – delikatnie mówiąc – popierdolona. No i zaczyna się zabawa, która potrwa dłużej niż wesele…

Czego możecie się spodziewać jeśli chodzi o „Polowanie na druhny”? Przede wszystkim mamy tu niezły humor, w którym jest dużo inteligentnego sarkazmu i kpienia, i chyba najbardziej dostało się tym „prawym”, amerykańskim rodzinom, bo za idealną powłoką i maską, kryje się dużo popaprania, a to z kolei jest wdzięcznym tematem, w sam raz pod prześmiewczy film. Zarówno Wilson, jak i Vaughn mają tu fajne role. Można też paść na kolana z powodu Coopera, który tu jest takim typowym wymarzonym zięciem, tylko że drań z niego nie z tej ziemi. Mamy też dwie zupełnie różne kreacje kobiece: McAdams gra wymarzoną córkę i rewelacyjny materiał na żonę, przepełnioną ideałami i marzeniami typowymi dla dziewczyny z dobrego, bogatego domu. Fisher z kolei jest taką zblazowaną, lekko nimfomańską kobietką, która korzysta ze swojej urody, „apetytu” i tego, że jej nikt nigdy, ani tatuś, ani kolejny facet, niczego nie odmówi. Ale i tak obie aktorki miażdży Dr Quinn. A! Zapomniałabym o jeszcze jednym bohaterze. Ale nie będę spoilerować, powiem tylko tyle, że gra go Will Farrell.

„Polowanie na druhny” to fajna, lekka komedia, przy której można dobrze spędzić czas.

Ps. Ponoć faceci, podczas oglądania tego filmu, zachodzą w głowę, czy na rodzimym „rynku” ślubnym można zrobić podobne akcje, ale potem przypominają sobie, że właściwie od czego są wiejskie wesela w remizach…

ON:

Jak na osoby, które śluby traktują jako imprezy czysto zawodowe, to dość często zdarza się nam oglądać dzieła opowiadające o tych wyjątkowych dniach. Dzisiaj będzie o jednej z ulubionych komedii Pauliny, czyli o „Polowaniu na druhny”. Przed seansem podszedłem do tego filmu z dystansem, bo po pierwsze – to film o ślubach, a po drugie – gra w nim Owen Wilson, za którym nie przepadam. No ale jak powiedziało się „A”, to trzeba powiedzieć „B”.

Jest sobie dwóch kumpli: John Beckwith oraz Jeremy Klein, którzy to wbijają się na wesela obcych im osób. Po co to robią? Aby się najeść, pobawić i wyrwać towar do dupczenia. Że ja na to nie wpadłem?! Okazuje się, że śluby to idealne miejsce na wyrwanie chętnych panienek. Wystarczy odrobina dobrej bajery i wsparcie kumpla. W ten oto sposób panowie zaliczają wszystkie większe, ogłaszane w gazetach przyjęcia. Tą drogą zdobywają wiedzę o parach i ich rodzinach. Prasa jest ich sojusznikiem. Gdy już wiedzą kto wychodzi za mąż lub się żeni, wystarczy tylko zdobyć informację o rodzinie i znajomych, udawać jakiegoś dalekiego kuzyna i wjazd na przyjęcie gwarantowany.

Dzieje się tak do momentu, w którym panowie lądują na imprezie zorganizowanej przez samego Sekretarza Skarbu USA. Sekretarz Cleary wydaje bowiem najstarszą córkę za mąż. Podczas przyjęcia John i Jeremy zaczynają kręcić się koło dwóch dziewczyn, które także są córeczkami grubej ryby. Wszystko idzie tak dobrze, że panowie zostają zaproszeni na weekend do posiadłości rodziny. Tutaj jest problem, bo John chyba się zakochał i zrobi wszystko, aby z zaproszenia skorzystać, a Jeremy odwrotnie. Najmłodsza córa Sekretarza, to ruda nimfomanka, którą dosłownie nosi. Przerażony facet nie ma zamiaru spędzić z nią najbliższych kilku dni. Koniec końców za namową kumpla i dzięki sile perswazji rudzielca on także godzi się na przyjazd.

Gdy kumple dojeżdżają na miejsce, okazuje się, że tak dobrze postawiona rodzina jest lekko pierdolnięta. Żona Sekretarza okazuje niezłą szmaciuchą, jego syn ma dość dziwne preferencje seksualne, lokaj zna chyba wszystkie tajemnice domu, tak samo jak ksiądz. Cały czas coś wychodzi na jaw. „Komedia pomyłek” – ten zwrot najlepiej pasuje do opisania tego, co dzieje się w domu. Zapomniałem jeszcze dodać, że podczas wyjazdu rodzinie towarzyszy gburowaty Sack Lodge. Ten facet także smali cholewki do córki głowy domu. Problem pojawia się wtedy, gdy wychodzi na jaw, że panowie nie są tymi, za kogo się podają.

Na początku bałem się tego dzieła, a później bawiłem się jak głupi. To jest naprawdę śmieszny film, tym bardziej jeśli lubicie takie lekko romantyczne i jednocześnie zwariowane komedie. Warto dodać, że w filmie pojawia się Will Ferrel, a jego rola choć epizodyczna wali w jaja. Seans przeleciał. Było śmiesznie, na koniec płaczliwie, ale taki był zamysł twórców. Najważniejsze jest to, że “Polowanie na druhny” po prostu ogląda się.