ONA:

Będę dziś pisać o koncercie, co robię po raz pierwszy. Nie wiem jak to wyjdzie i szczerze powiedziawszy, liczyłam, że wesprze mnie Maruda, ale on robi ogólny „rozpiździel” w domu, próbując wprawić drzwi. Więc może z dwojga złego lepiej jak ja będę pisać, a on hasać z pianką uszczelniającą, niż odwrotnie…

Bracia Figo Fagot byli nieodłącznym elementem pewnej sierpniowej imprezy, podczas której darliśmy ryje do „Bożenki” i nie tylko. Wiadomo, imprezy z czwartku na niedzielę są najlepsze. Ja się wtedy totalnie zakochałam w twórczości tego zespołu, który od tamtego czasu kojarzy mi się bardzo z beztroską i chlaniem. Wiadomo, „wóda zryje banie”… I kiedy gdzieś ukradkiem rzuciło mi się w oczy, że panowie grają koncert w bielskim Rude Boyu, nota bene jedynej rockowej knajpie w okolicy, wiedziałam, że chcę ich zobaczyć na żywo i zderzyć wyobrażenie z realnością. Maruda pomysł podchwycił i sprzedaliśmy go naszemu przyjacielowi, Bastusiowi, który nas w sierpniu zaraził tą chorobą… Obraliśmy kierunek „Bielsko”, a nastroje podbijała muza zespołu – było trzeba uzupełnić znajomość tekstów, bo przecież nie samą Bożenką człowiek żyje.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy to kolejka pod klubem. Poważnie – nigdy jej nie było. Towarzystwo mieszane: metalowo-dresowe, a kilkoma szatanami, ale i łysymi pałami. Supportem był jakiś zespół, którego nazwy nie jestem w stanie sobie nawet przypomnieć, i który grał tak bez składu, że głowa boli. Połączenie ska, reggae, nieco ostrzejszych riffów, coverów Kultu i cholera wie jeszcze czego, utrzymała mnie w przekonaniu, że moje zamknięcie muzyczne, ciasne, ale własne, chroni mnie przed poznawaniem takiego czegoś. Ale na szczęście skończyli to jałowe granie, a szef klubu – Wiśniowy Książę (który na ostatnim koncercie w RB upił Dejwa właśnie wiśniówką) w totalnie swoim stylu zapowiedział wejście zespołu i poprosił, by trzy dupy po koncercie wpadły w wiadomym celu na backstage. Tak, bez ogródek. I taki też był cały koncert. Bez zadęcia, bez zbędnego fąfa-fąfa, bez pieprzenia się – jacy są na klipach i w wywiadach, tacy są też na żywo. Właśnie – na żywo! Słowa im się pieprzyły, klawisze myliły, ale było to autentyczne. Bracia Figo Fagot to zespół skrajnie niepoprawny, wręcz wulgarny i chamski, ale co z tego? Mi to odpowiada o wiele bardziej niż twórczość Edyty Górniak, czy każdej innej beznamiętnej dupy, której wycie nadaje się jedynie pod kotleta, w nędznym barze do tego. Panowie wyszli na maleńką scenę i zmiotli system. Tak, wygląda na to, że mój gust jest żenujący i wręcz dresiarski, ale mnie to po prostu bawi i daje radość. Gdyby bawił mnie holokaust, a pedofilia sprawiała radość – można by powiedzieć, że to złe. Ale jeśli bawi mnie subtelna wulgarność, lekkie kurwy rzucane co jakiś czas w przestrzeń, odrobina chamskiego żartu i niebanalność – to to po prostu jest mój gust. I pocieszam się tym, że pod jedną sceną, razem ze mną takich osób były dziesiątki. Misiowate dresy, zszatanione metalowe chłopaki i dziewczęta, nawet ludzie po 40-ce by się znaleźli. I cały ten tłum skakał, śmiał się, śpiewał i uprawiał beztroską rozrywkę.

Dawno nie byłam na tak rewelacyjnym wydarzeniu muzycznym. Rude Boy z racji swojej „maleńkości” daje praktycznie namacalny kontakt z wykonawcami. A Ci – nie raz wchodzili w interakcje z szalejącymi przed nimi fanami. Oczywiście, utwory z poprzedniej płyty sprawiały, że wszyscy darliśmy się praktycznie jednym głosem, a bar momentalnie robił się pusty, bo każdy koniecznie chciał skakać z resztą. Koncert – mega! Towarzystwo dopisało, atmosfera tym bardziej. Wrażenia muzyczne na szalenie wysokim poziomie. To jedna z tak zajebistych imprez, o których opowiadać będziemy jeszcze jakiś czas. I nie tylko z powodu kolesia, który porzygał się centralnie przed nami…

Bracia oczywiście – na deezer!