ONA:

„Seks w wielkim mieście” to przede wszystkim serial. Serial o 4 kobietach, które mieszkają w NYC, które chodzą na zakupy, kochają, balują, bzykają się, robią kariery, nawet wychodzą za mąż i rodzą dzieci. Potem nakręcono dwa filmy, będące ciągiem dalszym i jednocześnie jedną wielką reklamą różnych produktów, ale o tym kiedy indziej. I tak, będę nieobiektywna, ale to moje zdanie, mój blog (ok kochanie, nasz…) – a ja „Seks w wielkim mieście” uwielbiam. Z jednym małym wyjątkiem…

 

Ten mały wyjątek to książka Candace Bushnell o wiadomym tytule. Kilkadziesiąt wydrukowanych stron, zszytych, złączonych okładką w całość – nic więcej. Książka jest zbiorem jej felietonów, które pisała w latach 90tych. Dotyczyła ona, jak można się domyśleć, seksu, miasta, przyjaźni. To głównie były zapiski z rozmów z koleżankami. I w mojej ocenie, to dokładne zapiski, bez ładu i składu, z nudną narracją. W poszukiwaniu księcia z bajki, nasze bohaterki musiały obcałować mnóstwo żab. Ale ich przygody (w teorii) są śmieszne, inspirujące i przestrzegające jednocześnie. To analiza związków i całego procesu godowego, zachodzącego pomiędzy kobietami a mężczyznami, kobietami a kobietami i mężczyznami a mężczyznami. Całość osadzona w latach 90. Bohaterki są po prostu nudne, a książka przypomina bardziej zapiski z bloga nastolatki, niż problemy dorosłych kobiet. We wstępie autorka pisze, że razem z przyjaciółkami potrafiły godzinami roztrząsać ich przygody z facetami – szkoda tylko, że te historie stały się inspiracją do stworzenia jakże słabej kolumny (a potem i książki). Podobno jest ona napisana mało delikatnie i z okrutnym poczuciem humoru. Delikatność do pojęcie względne, mi nie przeszkadza kilka przekleństw, ale każdy określa swój poziom. Natomiast poczucia humoru nie ma tu wcale. Są za to dialogi, rodem z telenowel, ze słabymi ripostami, puentami. Wątpię, że to wina tłumaczenia, czytałam kilka felietonów po angielsku. One po prostu takie są.

 

Na całe szczęście scenarzyści serialu potraktowali książkę i felietony jako nieznaczną inspirację. I właściwie, poza małą ilością wspólnych elementów (Carrie, NYC, faceci) – to dwa zupełnie odrębne elementy. Mocno się zawiodłam. Miałam spędzić z tą książką podróż pociągiem do Warszawy, a za Katowicami miałam ochotę popełnić samobójstwo. Autorka napisała kilka innych pozycji, ale zniechęcona „Seksem…”, nie poświęcę im uwagi.