ON:

Muszę posypać głowę popiołem, bowiem „Marsjanin” wylądował na mojej książkowej kupce wstydu i leżał tam dość długo. Wszystko dlatego, że pierwsze kilka, kilkadziesiąt stron nie potrafiło złapać mnie za jaja. Gdy rozpocząłem po raz pierwszy lekturę książki Andy’ego Weira, nie umiałem się wciągnąć i właściwie wiem w czym leżał problem. Wszystko przez techniczny bełkot, który może zniechęcić każdego, a szczególnie szukającego prostej rozrywki czytelnika. Kolejne podejście było już dużo łatwiejsze.

Zacznijmy więc raz jeszcze. Mark Watney to botanik i technik, który właśnie przeżył burzę na powierzchni Marsa. Cała załoga ekspedycji, w której brał udział przeżyła i dotarła do wahadłowca, tylko on, przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nigdy do niego się nie dostał. Wszyscy myśleli, że zginął i opuścili niegościnną planetę, zostawiając jego „szczątki” i bazę dla kolejnej ekspedycji. Na swoje szczęście i jednocześnie nieszczęście Mark przeżył. Teraz musi postarać się, aby dożyć do przybicia kolejnej ekipy.

Mark zaczyna więc prowadzić dziennik i opisuje w nim kolejne dni na Marsie oraz to, co robi lub musi zrobić, aby przeżyć. Co ciekawe to, co opisuje jest bardzo prawdopodobne, bowiem technologia i wiedza, którą dysponuje, daje mu taką możliwość. Autor książki interesował się różnymi zagadnieniami, w tym inżynierią kosmiczną. Postanowił wiec przekazać tę wiedzę swojemu bohaterowi. W ten oto sposób Mark staje się specjalistą w zakresie inżynierii i botaniki. Te dwie specjalności oraz sprzęt wyprodukowany przez NASA, dają mu iskierkę szans na przetrwanie. Tak zaczyna się trwająca wiele dni walka z samym sobą, przeciwnościami losu, zabójczą planetą i sprzętem, który nie zawsze chce działać tak, jak sobie życzymy.

Przez większą część książki jesteśmy sam na sam z Markiem. Facet ten w chwilach kryzysowych nie skąpi od cierpkiego i ironicznego humoru, który idealnie pasuje do danej chwili. Dzięki temu z czystego naukowego bełkotu otrzymujemy książkę przyjazną dla czytelnika, która potrafi wciągnąć, jak już przebrniemy przez pierwsze 20, może 30 stron.

Co ciekawe, autor miał duży problem ze „sprzedaniem” tej pozycji. Chodząc od wydawcy do wydawcy Weir słyszał zawsze to samo: „NIE!”. Koniec końców, zaczął publikować swoją opowieść w częściach na internetowej stronie. Spotkało się to z bardzo pozytywnym przyjęciem czytelników, którzy chcieli więcej i więcej. Tak to książka ukazała się w wersji elektronicznej na Amazonie. Stamtąd do papierowego wydania pozostał jeden krok, który udało się wykonać dzięki znalezionemu wreszcie wydawcy.

„Marsjanin” jest naprawdę wyjątkowy, jeśli tylko dacie mu szanse. Jeśli lubicie SF, nie będące tak naprawdę klasycznym science fiction, to jest to pozycja dla Was.