Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Indiana Jones Quadrilogy

ON:

Jak byłem mały to zawsze chciałem zostać Indianą Jonesem Jr. Kto nie chciał? Indiana jest przystojny, zadziorny, przeżywa wspaniałe przygody na całym świecie. Z każdej opresji wychodzi bez szwanku i mimo, że czasem dostaje po pysku, to nie ma sobie równych. Szkoda, że to tylko fikcja, bo wyciezka z takim panem na wyprawę mogłaby być naprawdę imponująca.

Indiana jest dzieckiem z „niepoprawnego związku” dwóch facetów: George’a Lucasa i Stevena Spielberga. Po raz pierwszy pojawił się w „Raiders of the Lost Arc”, było to w 1981 roku. Od tamtej chwili wielbiciele jego przygód mieli okazję zobaczyć cztery filmy kinowe z jego przygodami. Warto dodać, że jego imię stało się towarem wartym setki milionów dolarów. Dr Jones pojawiał się w książkach, komiksach oraz grach komputerowych. Przygody te czasem były lepsze, czasem gorsze, ale prawdziwi fani wydawali i wydają ciężką kasę, aby tylko znów zobaczyć i poczytać o ich ulubionym bohaterze. Trzeba przyznać, że ojcowie wiedzieli co robią.

Marudy postanowiły stanąć w oko w oko z legendą i sprawdziliśmy czy mimo upływu czasu, przygody zadziornego archeologa bronią się w epoce wszędobylskiej komercji. Kwadrologia leżała na naszej półce już jakiś czas i tylko czekała na świąteczny czas, aby zabrać nam kilka godzin życia. Godzin, które nigdy nie uznam za stracone. Mimo starzejących, trącących myszką efektów specjalnych, to nadal bardzo dobra i rozrywkowa pozycja.

Wszystko zaczyna się od 1981 roku gdy pojawiają się „Raiders of the Lost Arc”. Indiana musi wyruszyć do Egiptu, gdzie podobno znajduje się Biblijna Arka Przymierza. Skarbu szuka nie tylko pan archeolog, ale także Naziści i rząd Stanów Zjednoczonych. Ponieważ historia ta dzieje się w latach około wojennych, duży nacisk położono na starających się zdobyć „okultystyczną przewagę militarną” Niemców. Schemat filmu jest bardzo prosty. Doktora odwiedzają panowie z CIA, opowiadają o zagrożeniu jakie niesie zdobycie przez Niemców „artefaktu”. Jones wskakuje w skórzana kurtkę, zakłada kapelusz, przerzuca przez ramię torbę, a u pasa zawiesza pejcz i tak uzbrojony wyrusza na pierwszą przygodę. Na miejscu okaże się, że Naziści są już dość ostro zaangażowani w wydobycie skarbu. Będą pościgi, mordobicie, strzelaniny i dużo humoru. Klasyka.

Po sukcesie pierwszego filmu, w 1984 roku pojawia się „Indiana Jones and the Temple of Doom”. Przygoda zaczyna się w Singapurze, a po dość intensywnym początku przenosi się w rejony Indyjskiej prowincji, gdzie podobno pojawili się po wielu latach nieobecności wyznawcy krwawego kultu. W całej przygodzie awanturnikowi towarzyszy irytująca panna Scott i jeszcze bedziej irytujący dzieciak Wan. Niby dopełniają oni całości i doprowadzają do kilku śmiesznych scen, ale mnie bardziej zmęczyli niż rozbawili. Tak czy inaczej, do Jonesa zwraca się z prośbą starszy wioski, z której wyznawcy Kali skradli święty kamień. Podobno ich świątynia znajduje się pod starą, ponownie zamieszkałą posiadłością, a właściwie prawie twierdzą. W drodze do New Delhi, cała trójka zahacza o posiadłość, w której teraz przesiaduje premier. Okazuje się, że to co powiedział starzec, jest prawdą, a w podziemnych kopalniach poza pracującymi niewolniczo dzieciakami, odprawiane są krwawe rytuały. Ta część z jednej strony jest dla mnie najsłabsza, z drugiej mam do niej sentyment, gdyż na VHS-ie oglądałem ją chyba ze sto razy.

Nastaje rok 1989 i na ekrany kin wchodzi moim zdaniem najlepsza część przygód Indiany – „Indiana Jones and the Last Crusade”. Historia, która pamiętam, poznałem wpierw z kartek komiksu, przeczytanego tak wiele razy, że dosłownie rozpadał się w rękach. Z tej części dowiemy się bardzo wiele ciekawych rzeczy. Między innymi jaki był Jones senior (świetny Sean Connery), dlaczego młody Indiana boi się węży oraz czy „Święty Gral” istniał naprawdę. To historia w której nie ma słabych motywów i scen, podoba mi się motyw z Wenecji, genialna jest podróż do Berlina po notes, który zostaje podpisany przez samego Adolfa. Cała przygoda prowadzi ojca i syna do zapomnianego miasta, gdzie podobno znajduje się kielich Chrystusa. Ta część to po prostu klasyka. Nakręcona i zagrana wprost świetnie. Żadne z filmów o przygodach archeologa nie był tak dobry, jak ten.

Minęło trochę lat i w 2008 roku pojawia się ostatnia, jak dotąd, kinowa wersja przygód doktora  – nosi ona tytuł „Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull”. Dzieje się ona w czasach sławnych w Stanach polowań na komunistów. O współprace posądzono także juniora, który już swoje lata ma. Nie przeszkadza mu to jednak odszukać kryształowej czaski i złotego miasta, sławnego El Dorado. Widać tutaj duży postęp, jaki zrobiło kino w ciągu tych lat, efekty są nowoczesne, wszystko jest dograne. Pojawia się kilka wątków, które mają przygotować widza na „nowego Indianę”, gdy Harrison Ford odejdzie na emeryturę. Trzeba przyznać, że ta część to taki miły powrót do korzeni.

O przygodach Indiany Jonsa można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie, że są nudne. To kino, które mimo praktycznie 30 lat, nie zestarzało się ani troszkę. Klasyka, do której warto wracać. Polecam.

ONA:

Gdy padają słowa „Indiana Jones”, pierwsze skojarzenie to oczywiście boski i im starszym, tym lepszy Harrison Ford, a potem w mojej głowie pędzie jak oszalała muzyka Johna Williamsa. I nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba… A szanowny pan Ford od dawna psuje mi głowę.

Indiana Jones, a właściwie dr Henry Walton Jones Junior to niestety postać fikcyjna, stworzona przez Georga Lucasa. Poza tym, że jest cwany, inteligentny, odważny, to posiada również niebywałą charyzmę i – niestety – jest przystojny. Niestety, bo jak mała dziewczynka w dzieciństwie naogląda się takich bohaterów, to potem za wszelką cenę chce w swoim dorosłym życiu znaleźć takiego swojego Indianę Jonsa, a ustalmy coś – nie każdemu fedora pasuje. Na co dzień Jones wiedzie spokojne życie jako wykładowca archeologii. Ale od czasu do czasu porzuca katedrę, by ruszyć na poszukiwanie przygód i skarbów. I wychodzi mu to wybitnie dobrze. A to tropi Arkę Przymierza, a to świętego Graala, a to nagle dowiaduje się, że ma nastoletniego syna.

Nie znam tej postaci z książek, komiksów czy serialu, bo dla mnie Indiana to postać wyłącznie z czterech dobrych filmów, które wyreżyserował sam Steven Spilberg i które są jednymi z najpopularniejszych filmów ever. Ale po kolei. Zaczynamy w 1981 roku. Na ekrany kin wchodzi właśnie „Riders od the Lost Ark”. Młody Jones tropi Arkę Przymierza, a jego tropią naziści, bowiem akcja filmu rozgrywa się w 1936 roku. Cała fabuła krąży wokół dość popularnego sznytu „złapali go, a on uciekł”, ale wierzcie mi, można to wałkować i wałkować, może to być nudne i oklepane, ale jak mam przed oczami Harrisona Forda, to nieważne co, ważne żeby mu nieco rozchylała się koszula. Nie dziwię się, że film ten przeszedł do historii jako jedno z najbardziej kasowych dzieł. Nie kwestionuję również tego, że Biblioteka Kongresu USA uznała go za „znaczący kulturowo”, a co za tym idzie – jest dziełem niebywałym. I właściwie co się dziwić twórcom, że zdecydowali się na machnięcie kolejnej części. Po wielkim sukcesie pierwszej, „Indiana Jones and the Temple of Doom” musiała mimo wszystko pobić i pokazać się z jeszcze lepszej strony, niż poprzedniczka. Czy się jej to udało? Cóż, jest z pewnością nieco inna, chociaż klimat i pomysł został zachowany. Mówiąc „Światynia Zagłady” ja mam przed oczami rewelacyjną scenę pościgu w kopalni, która zachwyca mnie nawet teraz, mimo, że ja jestem dzieckiem animacji komputerowych i moje oczy wyłapują te śmieszne niedoróbki, ale to był rok 1984. Druga część przygód Indiany jest prequelem pierwszej, dzieje się rok prędzej, czyli w 1935. Tym razem archeolog nie tylko poszukuje skarbu, ale chce pokonać złego maharadżę, który męczy swoich poddanych. A tak na prawdę, władca ma 14 lat i jest pod wpływem okrutnego kapłana sekty, który chcąc mieć panowanie na światem, poszukuje (rękami niewolników) kamienia Sankhary. Ta cześć przygód jest zdecydowanie bardziej. Jest mroczna, ma mocne sceny, ale mnie najbardziej drażni. Nie ma to nic wspólnego ani z nagrywaniem, ani z Jonsem, ale nie lubię tej części z powodu Short Rounda, czyli 11latka, który posługując się mega irytującym głosem, doprowadza mnie do szewskiej pasji. Za każdym razem, gdy oglądam „Świątynię Zagłady”, mój wewnętrzny sufler krzyczy „Zostaw tego pieprzonego bachora i ratuj się Indiano!”, ale główny bohater ma to gdzieś. I tym sposobem przechodzimy do części trzeciej – mojej ulubionej. Tu, obok Harrisona Forda w roli Juniora, mamy również Seana Connry, w roli Seniora. Tak, synuś i tatuś razem tropią, tym razem celem jest Graal. Ta część wg mnie bije pozostałe na głowę, ale dlaczego – wyjaśnię to za moment. I generalnie w 1989 roku, świat powoli żegnał się z przygodami Indiany Jonesa. Poszły one trochę w niepamięć, pozostawiając miejsce innym dziełom, bo przecież nie samym Indianą kinematografia żyje. Ale w końcu ktoś podjął męską decyzję, stwierdził „Kręcimy nowego Indianę Jonesa!” i w 2008 roku, kiedy Harrison Ford miał już 66 lat, powstała nowa część – „Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull”. Ta historia dzieje się dziewiętnaście lat po „Ostatniej Krucjacie”. Tym razem kręci się wokół tajemniczej czaszki, która z pewnością nie jest ludzka, a głównym wrogiem archeologa jest wywiad sowiecki z Iriną Spalko na czele. W tej części dowiadujemy się również, że Indiana jest facetem z krwi i kości, i nie obcy mu seks bez zobowiązań (i zabezpieczeń).

Tajemnica sukcesu filmów z Indianą Jonesem tkwi w kilku cechach, które razem dają przepis na sukces. Przede wszystkim: niebanalne ciacho w roli głównej. Ustalmy coś, Harrison Ford to przystojny facet, niezależnie od wieku. A nie, jednak nie. On im starszy, tym lepszy, bardziej charakterny, a przeze mnie przemawia ukryty gerontofil. Jednak nie jest to delikatny, wypacykowany przystojniak, z brylantyną na włosach. On jest poczochrany, ubrudzony. Popełnia błędy, nie raz wpada w zasadzki, ma problemy, ale jest zadziorny i ta cecha powoduje szybsze pulsowanie różnych ciekawych narządów. Kolejną cechą, która solidnie wpłynęła na popularność tych filmów to dynamika. Tam ciągle coś się dzieje. Pościgi są spektakularne, sceny budzą wyobraźnię, zaskakują, a to, że Indiana popełnia błędy, buduje dodatkowe zaskoczenie. Tu jest złapany, ale udaje mu się uciec, ale potem znowu wpada w zasadzkę i robi się coraz bardziej niebezpiecznie, ale koniec końców – zawsze wygrywa. Fabuła wkręca, interesuje. Efekty specjalne, jak na tamte lata – urywały tyłek. Z każdym kolejnym filmem były lepsze, bardziej dopracowane i zachwycały. Były widowiskowe i zupełnie nieprzeciętne. Dodajmy do tego bardzo dobrą grę aktorską, dialogi wypełnione świetnym poczuciem humoru i otrzymamy niesamowite kino awanturnicze, które do dziś jest często nieuchwytnym wzorem. No i dzięki niemu możemy zwiedzić kawał świata i poznać wiele ciekawych (i ponoć prawdziwych) historii. Jak już wspomniałam, moją ulubioną częścią jest „Ostatnia Krucjata”, bo absolutnie wpisuje się w moje gusta filmowe. Akcja jest wartka, wymieszana z dowcipnymi scenami (dowcipnymi, nie śmiesznymi – o ile ktoś jest w stanie zauważyć tą różnicę). I w końcu jest to mega nakręcające mnie tropienie, które na zawsze zmieniło mój gust, jeśli chodzi o tego typu filmy. Uwielbiam te wskazówki, które krok po kroku przybliżały bohaterów do sukcesu. Oj tak. Teraz nabrałam ochoty na obie części „Skarbu narodów”, który nie jest aż tak dobry, ale pomysł widocznie bazował na dziele z Harrisonem Fordem w roli głównej.

Tak. TAK x4!