ONA:
One wszystkie prędzej czy później wychodzą za mąż, rodzą dzieci i bawią się w dom. Niezależnie, czy spotykają się z wampirem, czy są nową zabawką w rękach pana Greya, nawet gdy pracują z samym diabłem w Pradzie – zawsze kończy się to tak samo. Wiedziałam, że i Bridget Jones to czeka…
W 1998 roku Helen Fielding powiła coś, co z miejsca zwaliło świat na kolana. Czytelnikom dała Bridget Jones – fajtłapowatą babeczkę, która za cholerę nie umiała sobie poukładać życia prywatnego. Była ucieleśnieniem wszystkich cech i zachowań, które mają kobiety, niezależnie od wieku i miejsca, w którym żyją. Była nierealnie autentyczna, dowcipna i łatwo można było się z nią zżyć. „Pamiętnik Bridget Jones” czytali wszyscy – i kobiety, i mężczyźni. My byłyśmy przerażone tym, czy czasem nie jesteśmy takie jak ona, a faceci zalewali się łzami ze śmiechu, bo zaiste – jesteśmy identyczne. Po dwóch latach przerwy Bridget powróciła z kolejnymi przygodami, które skrzętnie opisywała w swoim dzienniku. „W pogoni za rozumem” rozbudziło apetyt, bo ustalmy coś – kto kończy smaczną czekoladę na jednym kawałku? W między czasie powstały ekranizacje obu książek, gdzie główną rolę powierzono Renee Zellweger, ale one nie zrobiły na mnie zbyt dużego wrażenia. Ot, przesycone brytyjskością kino, które nie miało w sobie zupełnie dowcipu i polotu, stworzonego przez Fielding, co jest dziwne, bo przecież tworzyła ona scenariusz. Podobał mi się jedynie Hugh Grant w roli zawadiackiego Daniela Cleavera. Tyle. Ale były takie momenty, na ogół gdy sprzątałam w domowej biblioteczce, kiedy trafiałam na obie książki. Mocno sfatygowane, bo mają już dobrych kilkanaście lat, z różową okładką, która z „żarówy” powoli wchodzi w „pastel”, z zażółconymi kartkami… Tęskniłam za nią. I wtedy gruchnęła wiadomość: Bridget wraca! Super, że Fielding po TYLU latach w końcu wzięła dupę w troki i chwyciła się za pisanie. Jak tylko dowiedziałam się, że polskie wydanie jest już w sklepach, pod byle pretekstem uruchomiłam auto i pognałam prawie 20 km w jedną stronę, by kupić „Szalejąc za facetem”. Od razu przykleiłam się i…
…i Bridget mimo tego, że:
– ma 51 lat,
– ma dwoje dzieci,
– jest wdową
– ma konto na Twitterze
…nadal jest TAKA SAMA z kilkoma drobnymi zmianami. Na ciągłej diecie, z ogromnym pociągiem do żarcia, alkoholu, rzucająca palenie i picie, z apetytem na seks, z grupą przyjaciół, z matką, którą nie sposób nie kochać i nie nienawidzić. Tak, Bridget wyszła za mąż. Tak, Bridget urodziła dwójkę dzieci. Tak, Bridget straciła męża. Kiedy nostalgicznie pojawiał się ten wątek, nie umiałam powstrzymywać łez. Nie umiałam też powstrzymywać wycieku z oczu, gdy po raz kolejny tak słodko-gorzko opowiadała o kolejnej czarnej dupie, w którą wlazła – oczywiście mimochodem. Są i faceci!
Po fenomenalnej części pierwszej, nieco irytującej drugiej i gigantycznej przerwie, jaką zafundowała nam autorka, mój głód do Jones był ogromny. Książkę zjadłam, narażając się na niewyspanie. Ale nie mogłam się oderwać. Czyta się ją równie dobrze, jak te 16 lat temu. Bridget ciągle jest tak samo pokręconą babeczką jak była, ba – mam nawet wrażenie, że bardziej, ale potrafi być też refleksyjna, czym wzrusza. To dość specyficzny humor, bardziej babski, ale nie jest powiedziane, że to lektura wyłącznie dla kobiet. Ja polecam. Jeśli któraś z poprzednich części przypadła Wam do gustu, to trzecia nie zawiedzie Waszych oczekiwań.
