ONA:
Jutro na Marudzeniu pojawi się recenzja najnowszego filmu Michaela Bay’a o dzielnych autobotach, które po raz kolejny musiały stoczyć bitwę o ludzkość i co lepsze – musiały ją stoczyć też z ludźmi. Dlaczego o tym wspominam? Bo wiele osób nazywa ten film „głupim”, „bezsensownym”, „naiwnym”, dodając też, że ta fabuła już się wyczerpała. Sorry, ale wolałabym po wsze czasy oglądać Optimusa Prime’a i jego rozkapryszoną załogę, niż poświęcić chwilę na seans filmu typu „Zaproszenie na rozwód”.
Z komediami romantycznymi mam podobnie, jak z polskimi produkcjami – oglądam od czasu do czasu mając ogromną nadzieję, że może tym razem nie trafię na gówno. Niestety. Trafiłam. Dwiema nogami zanurzyłam się w tym kinematograficznym szlamie, który jest tak beznadziejny, że twórcy powinni płacić odszkodowania za stworzenie tego czegoś. Do kogo – do cholery jasnej – jest to dzieło skierowane? Do samotnych bab, które wypłakują swoje frustracje w kolejnego kota, łudząc się, że może ich życie też będzie kiedyś przypominało bajkę lub też komedię romantyczną? A może to kolejna filmowa breja, skierowana do kretyna, siedzącego po drugiej stronie ekranu? Jako, że przyzwoita fabuła w tym gatunku wyczerpała się jakoś na początku tego milenium, scenarzyści tak cholernie kombinują, że głowa mała. W tym konkretnym przypadku mamy słodko-pierdzącą historię o… ROZWODZIE! Właściwie o imprezie rozwodowej.
Michael (Jonathan Bennett) to młody, raczkujący jeszcze biznesmen, zwykła płotka, która z prądem płynie w wielkim, finansowym oceanie. Marzy mu się coś wielkiego, coś,co zapisze go w historii, coś, co da mu ogrom pieniędzy i sławę. No i wpada na całkiem dobry pomysł. Przy wsparciu swoich przyjaciół i dziewczyny zaczyna działać. Wkrótce pojawia się duża szansa, a o dziewczyna zmienia się w „żonę”. W Dylan Michael ma dużo wsparcia. Ona jest jego ostoją, jego motywatorem, a jej rodzina mocno tę dwójkę wspiera. I wtedy pojawia się Alex. Nie, to nie skrót od „Alexander”. Alex to potencjalna „gruba ryba”, przy której można popłynąć w stronę bogactwa. Alex to też pierwsza miłość naszego bohatera, taka wiecie – niespełniona, naiwna, dziewicza pod każdym względem. I właściwie co się im dziwić, że koniec końców zaczynają płomienny romans. Koleś długo miota się pomiędzy dwiema kobietami. Z jednej strony Dylan, która zawsze była obok niego. Z drugiej – Alex. Przepiękna, nieprzyzwoicie bogata, no i to przecież pierwsza miłość! W końcu odnajdując swoje cojones, Michael wybiera. I to Alex. Jest w stanie zrobić wszystko, żeby rozwieść się z Dylan i zacząć raz jeszcze z błękitnooką boginią. Ale nie będzie to wcale takie proste, gdyż w intercyzie zostało zapisane, że w przypadku potencjalnego zakończenia związku należy zorganizować imprezę rozwodową na wzór wesela, gdzie będą publicznie prane rodzinne brudy. A, no i okazało się, że szanowna małżonka jest w ciąży…
JAPIERDZIELE!!!!!!! Co za chłam! Już zupełnie abstrahując od skretyniałego poziomu „historii”, słabego wykonania aktorskiego i technicznego – to okazuje się, że ten film jest po prostu żałosny i nudny! Mdłe romansidło bez grama elementu komediowego, z rozemocjonowanym pajacem w roli głównej i dwiema tępymi babami obok niego. Nie ma sensu poszukiwać tu jakichkolwiek plusów. Ten film jest komórką nowotworową, która w ciągu seansu ewoluuje w jakieś paskudne choróbsko. Trzeba było to wyłączyć zaraz po tym, kiedy zorientowałam się, że mam do czynienia z gównem. A tak – zmarnowałam prawie 2 godziny, podczas których mogłam po raz kolejny obejrzeć coś od Michała Zatoki. Bo tak, ten Micheal jest moim ulubieńcem!
