ONA:

Zanim opowiem Wam o filmie „Heaby mental”, cofnę się do listopada, kiedy to polecieliśmy do Oslo na weekend dla poratowania zdrowia, z którego ja wróciłam z tęgim zatruciem pokarmowym, czy czymś takim. Pierwszego dnia nasze nogi zaprowadziły nas do wyjątkowego miejsca, o którym do dziś wspominamy. Nic nam tak w głowie nie utknęło jak stare łodzie wikingów i to muzeum – Muzeum Sztuki Współczesnej. To był ostatni punkt tego dnia. Po nieprzespanej nocy, długiej podróży i 10 km w nogach, dotarliśmy do najdziwniejszego miejsca podczas tej wycieczki. Nie zrozumcie mnie źle – ja naprawdę doceniam tworzenie, artyzm, budowanie kultury i zostawianie czegoś po sobie. Tylko na mnie dużo mocniej działa inny rodzaj sztuki, a w beczce, która wypełniona jest piaskiem widzę śmieci, ew. elementy budowy, a nie coś, co mnie ma zachwycić. Przecięta na pół krowa zalana tworzywem sztucznym nie sprawia, że dumam nad sztuką, tylko nad tym jak bardzo autor tej instalacji jest jebnięty. Przepraszam, nic na to nie poradzę. Moim ostatnim ulubionym artystą jest Jackson Pollock ze swoją ekspresjonistyczną abstrakcją. Ale z drugiej strony szalenie współczuję tym wszystkim twórcom, którym przyszło tworzyć teraz – gdy było już wszystko, a doścignięcie mistrzów jest nierealne. Uczelnia, na której studiowałam, miała też wydział artystyczny i nigdy nie potrafiłam zrozumieć tych „twórczych wyrzygów”, które ozdabiały ściany. Co ciekawe, podczas tego samego wypadu do stolicy Norwegii, zahaczyliśmy o Galerię Narodową. Tam pobeczałam się przy Munchu i przy impresjonistach. Tam nie byłam „cała w bieli”.

Dlaczego o tym piszę? Bo podczas Kina na Granicy trafiliśmy właściwie z przypadku na „Heavy mental” – film, który nie był zły – ba, był bardzo fajnie zrealizowany i nawet jakoś tam na swój sposób wciągał, tylko podczas seansu byłam „cała na biało”. Sala kina wypełniona była po brzegi, a kiedy dzieło się skończyło, z miejsca ludzie zaczęli dyskutować o metaforach i głębi. Zatem czy ja byłam na innym filmie? Jeszcze raz to podkreślę: ten film mi się podobał „technicznie”. Ma bardzo ładne zdjęcia, świetne dekoracje, muzykę, jest fajnie zagrany, tak „charakternie”, ale nie rozumiem go zupełnie.

W pressbooku, którego dostałam od ekipy z promocji, przeczytałam, że to „opowieść o strachu przed byciem zwyczajnym”. Sebastian Buttny postarał się i odrobił zadanie, bo o jego filmie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest „zwyczajny”. Mamy trójkę głównych bohaterów: Mariusz, Piotr i Ina. Mariusz ma 3 krzyżyk na karku, mieszka ciągle z rodzicami i jest aktorem, który ma problem. W sytuacjach stresowych zapomina o wszystkim i niestety, dzieje się to również na scenie. „Czarna dziura” i tyle. Leczy to u specjalisty. Zajmuje się też tworzeniem swojego monodramu, który jest tak dziwny, że nie jestem w stanie go opisać. I wtedy dowiaduje się, że jego dziadek zmarł. Informuje go o tym Piotr, pracownik opieki społecznej. Dość nietypowy z niego facet, ale w swojej pracy sprawdza się wyjątkowo dobrze. Trudno więc się dziwić, że sędziwy pan przepisał na niego swoje mieszkanie. Ale Piotr go nie chce. „Oddaje” go polubownie Mariuszowi. Ma tylko jedną prośbę. Chodzi o kobietę. Mariusz ma ją poderwać, odbić, wyzwolić z aktualnego związku i dać mu „podstawę” pod działanie. Aktor godzi się na taki układ i już wkrótce poznaje Inę. Plan facetów idzie świetnie. Ina i Mariusz spotykają się, ona zostawia poprzedniego, są parą. Nawet przedstawia ją Piotrowi. Wtedy we troje wyjeżdżają na wakacje…

Co mogę powiedzieć o tym dziele… Jest bardzo artystyczne, ale i przy okazji „zwykłe”, w takim dobrym znaczeniu. Ma ładne zdjęcia i kilka śmiałych scen erotycznych – bardzo sensualnych. Podobało mi się to jak twórcy dopasowali muzykę do zdjęć i – co jest bardzo dziwne, sama historia nawet mnie zainteresowała. Tylko nie zrozumiałam z tego filmu nic. Nie wiem czy on był na serio, czy to była jakaś metafora, a jeśli tak – to nie mam zielonego pojęcia czego. Kino dziwne, bardzo dobrze zrealizowane. Do tego typu dzieł ja potrzebuję przewodnika, bo inaczej czuję się jak w tym Muzeum Sztuki Współczesnej w Oslo. Po prostu prycham szyderczo, nie potrafiąc zrozumieć danej formy artyzmu.

ON:

Dzisiejszym wpisem nie mam zamiaru nikogo urazić. Jeśli jednak dojdzie do takiej sytuacji – bardzo serdecznie przepraszam.

Czekając na seans „Heavy Mental” pod kinem Central, które znajduje się w Czeskim Cieszynie, byłem otoczony przeróżnymi osobami. Impreza przyciągnęła setki kinomanów, którzy szukają we współczesnym kinie czegoś, czego nie dała im w tej chwili żadna inna muza. Mniej lub bardziej „alternatywne” osoby dyskutowały o filmie, swoich przygodach na festiwalu oraz o tym gdzie później pójdą lub pojadą. Między innymi widziałem dziewczynę, która ubrana była w swoje alternatywne wdzianko, będące połączeniem kilku stylów. Miała na sobie coś w rodzaju indyjskiej spódnicy, góra obleczona była w groszkową, „marynarską” kamizelkę, na głowie burza włosów, a na nogach butki z jeszcze innej parafii. Dziewczyna opowiadała o swoich planach na przyszłość, o marzeniach, które ma za jakiś czas spełnić. Podróż autobusem z Wenezueli, czy innego tam kraju aż do Kanady. Po drodze chciała poznać rodowitych Indian, z którymi miała pracować. Mniej więcej w tym momencie zaczęliśmy się przeciskać do wejścia.

Na sali poza masą ludzi siedział sam Sebastian Buttny, który wraz Grzegorzem Stoszem mieli spotkać się z fanami po projekcji. Po kilku zdaniach i podziękowaniach dla widzów, za tak liczne przybycie rozpoczął się seans. Ja zaś zacząłem odpływać w niemoc…

„Heavy Mental” okazał się bardzo artystycznym dramatem, którego komediowość przejawia się tylko w fryzurze samego Mariusza (Stosz). Wygląda on bowiem jak gorszy brat Lloyda Christmasa z „Głupiego i głupszego”, brakowało mu tylko nadkruszonego zęba. Bohater z zawodu jest aktorem, jego dramatyzm polega na tym, że w sytuacjach stresowych zapomina on swoich kwestii. Co z tego, że zakuwa je na pamięć, że każdego dnia rano biega, że zdrowo się odżywia. Po prostu dnia jednego coś jebło i dobrze zapowiadającą się karierę szlag trafił. Należy jeszcze dodać, że Mariusz nadal mieszka z rodzicami – ojcem, który ma wszystko w dupie i matką, która jest histeryczką. Niespodziewanie w życiu tego „niby-aktora” pojawia się Piotr, facet opiekujący się starszymi osobami. Opiekował się także dziadkiem Mariusza. Piotr informuje o śmierci i pogrzebie dziadka, a także o spadku, jaki po nim pozostał. Chodzi o małe mieszkanko. Piotr ma też propozycję dla artysty. Odda mu mieszkanie, a on w tym czasie poderwie dla niego Inę, dziewczynę, która bardzo mu się podoba. Ina obecnie spotyka się z jakimś kolesiem, ale to podobno bałwan i łatwo będzie ją od niego oderwać. Zaczyna się zabawa w bardzo specyficznym trójkącie.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że ten film jest tak wypełniony artystycznymi metaforami, że jest tak cholernie niezależny, że mam ochotę kląć. Podczas seansu siedziałem na sali wśród wielu osób, dla których ta produkcja jest pewnie arcydziełem. Po projekcji fala oklasków przeszła przez kolejne rzędy krzeseł, a ja siedziałem z otwartymi ustami i zastanawiałem się dlaczego klaszczemy. Czy dlatego, że ten film był tak wyjątkowo dobry, czy dlatego, że dzięki bogu to już koniec.

Moja konkluzja jest taka. Kino artystyczne nie jest mi obce, ale są pewne granice, których nie jestem w stanie przekroczyć, szczególnie w opowieściach o niczym. W filmie Buttnego wróżkę mógł zastąpić Dżin, a Mariusza mógł przelecieć kelner w knajpce nad morzem. Jak będziecie oglądać ten film, to na pewno rozpoznacie o którą scenę mi chodziło. Może jeśli chciałbym pojechać autobusem z Wenezueli do Kanady, ten film byłby dla mnie inny, a tak siedziałem cały w bieli pośród tych wszystkich ludzi i zastanawiałem się dlaczego nie ma tutaj Amazonek strzelających z łuków do balonów.