First Man – recenzja

First Man - recenzja

First Man – recenzja

Trochę mam wrażenie, jakbym wracała z dalekiej wyprawy. Albo budziła się ze śpiączki. Albo zmartwychwstawała. A prawda jest taka, że byłam tu cały czas. Przygnieciona pracą, obowiązkami, stresem. Szukając kilku wolnych chwil, musiałam wybrać: blog albo sen. Zresztą, snu i tak wiele nie było.

Książek trochę przeczytałam. Kilka nawet dobrych. Trochę filmów obejrzałam, ale nic nowego, bardziej te, które w jakimś stopniu mnie koiły i uspokajały. „Interstellar” obejrzałam chyba 5 razy, a tak sobie obiecywałam, że nie wrócę już do tego filmu.

Jestem. Wracam. Nadrabiam, nadganiam. Dostałam wiele maili i wiadomości, czy coś tu jeszcze będzie się działo. Będzie. Czas start.

Pierwszym filmem, o którym napiszę po przerwie, będzie film o wielkim kroku. Przewrotnie.

Damien Chazelle to reżyser, który dał nam Whiplash (uwielbiam) i La La Land (dla mnie mocne meh/10). Jego reżyserski dorobek nie jest duży, ale koleś ma mega talent, przede wszystkim do pokazania emocji jednostki. Jeśli chodzi o mnie, to mam tylko nadzieję, że nie w każdym filmie będzie obsadzał Goslinga. Nie żeby coś, ale po prostu te oczy spaniela na mnie nie działają.

W kosmosie się zakochałam. Gdybym miała lepszy umysł, do ogarniania fizyki i matematyki, to przysięgam, machałabym Wam właśnie ze stacji ISS. Mając 32 lata i studia, owszem, ale pedagogiczne, raczej nie ma szans na zawrotną karierę w NASA, ale hej – zostają książki, filmy, dokumenty, godziny spędzone na wpatrywaniu się w niebo.

Film First Man opowiada o człowieku, który jako pierwszy postawił swoją nogę na księżycu. Piękna, intensywna historia, pasja, tragedia, która goniła tragedię, ucieczka, powrót i przejście do historii. Reżyser wziął się za bary z historią Neila Armstronga – ale zrobił to z klasą.

W sumie to nie jest tak, że dostaję padaczki mózgu, gdy widzę amerykański patos w kinie. Jestem fanką Armageddonu i Dnia niepodległości, a tam tego było sporo – trudno. Trochę nastawiałam się, że i tu to będzie – miłe zaskoczenie. Nie ma. Nie ma laurki. Są porażki i błędy. Oczywiście wszyscy doskonale znamy tę historię: odcisk buta, który nie zgadzał się z butem (Buzza!), trzepoczącą flagę, zamki błyskawiczne, które groziły dekompresją, blablabla. Powiem tak: Kubricka w filmie nie ma!

Na całe szczęście.

Trudno pokazać tak złożoną postać, tak ciekawą historię, tak długi czas w ciagu dwugodzinnego filmu. Twórcy nieco ją poszatkowali, próbując wyciągać to, co najważniejsze i najistotniejsze. I nawet dla nerda i geeka jest tu trochę ciekawostek.

Mnie w tym filmie poraziła powszechność śmierci. Nie żebym się jej bała, czy coś, ale jest jej tu całkiem sporo. Film jest świetnie zagrany, aczkolwiek Gosling jest tu po prostu najsłabszy. Mało w tym wszystkim aktorstwa. Jeśli brakuje budżetu na efekty – robi się noc, ciemność itp. Tu nie ma czym szarżować. Tu wszyscy są lepsi od Ryana. Oczywiście można do tego dorabiać teorię: Armstrong nie chciał pokazywać emocji, dusił je w sobie, był zamknięty. Ale potem postawmy obok taką Claire Foy, która zagrała tu rewelacyjnie. Albo Jasona Clarke’a czy Corey’a Stoll’a. Wszyscy byli lepsi, sorry Ryan.

Z zalet: praca kamery. Dość „dokumentalna”, ciekawa. Dostaliśmy wiele pięknych kadrów, było tu wiele pięknych emocji. Przy scenie lądowania na księżycu hiperwentylowałam się, a serce waliło mi jak szalone! Świetna biografia, kawał pięknej historii. Film koniecznie do obejrzenia w kinie.

I cześć!
Brakowało mi Was!

Tagi: First Man – recenzja, filmy recenzja, recenzje filmów, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad