ONA:
Wielu naszych znajomych pytało nas, dlaczego nie opisujemy polskich filmów. Cóż. Mamy wyrobione zdanie na ich temat. Zwykle te filmy bolą „jak drzazga we fiucie”. Ale stwierdziliśmy, że skoro pogoda za oknem budzi w nas pociągi samobójcze, to dobijmy się jeszcze bardziej. Tydzień z filmami polskimi uważamy za rozpoczęty! Szybka „ankieta” po znajomych za pomocą twittera i facebooka (kto by tam rozmawiał „normalnie”) dała nam listę ponad 30stu filmów polskich, które ich zdaniem zasługują na naszą uwagę. Z miejsca zrobiliśmy odsiew i poleciały wszystkie filmy z lat 60-90, wszystkie komedie typu „Poranek kojota”. A na pierwszy rzut poszło dzieło Wojciecha Smarzowskiego z 2009 roku, czyli „Dom zły”.
„Mój facet to drań” – pomyślałam, gdy Dave w piątkowy wieczór posiadł konsolę, a mi kazał oglądać ten film, bo on już go kiedyś-tam widział. Okej, może nie do końca „kazał”, ale zostawił mnie przed monitorem i w najlepsze zbawiał świat za pomocą pada. Mógł mnie ostrzec…
Pozwólcie, że Wam przedstawię Edwarda. Jest to zwykły koleś. Ma żonę i łysinę czołową. O, nagle żona umiera, a on wpada w ciąg. Chleje wódę na litry i sika przy szafie. A kiedy „staje” o tyle, o ile na nogi, postanawia uciec na totalne zadupie. Niby do pracy, ale to zdecydowanie ucieczka od dawnego życia, z nadzieją, by zacząć nowe… Gdzieś w kolejnej scenie pojawia się Zenek ze Złotopolic. Tym razem jest milicjantem, który węszy. A zaraz potem wracamy na Zadupie. Kinga Preis już w 12 minucie świeci cyckami (a raczej już nie powinna). I tak będziemy skakać, raz mamy milicjantów podczas wizji lokalnej, raz wydarzenia w chacie u Dziabasów, bo to właśnie tam trafia Edek. Bohater szybko łapie z małżeństwem kontakt. Szczególnie dobrze idzie mu ze Zdzisiem: razem wpierdzielają ogórki, piją wódę, gadają o męskich rzeczach i polują na lisa. A, no i planują stworzenie małej manufaktury bimbrowniczej. I znowu zmiana scen. Znowu mamy milicjantów, którzy razem z Edwardem znajdują się w chacie Dziabasów, próbując rozwiązać pewną tajemnicę. Robi się ciekawie, Edek jest głównym podejrzanym w sprawie zbrodni. Pełna podejrzeń zaczynam wiercić się na krześle. Ale to nie znaczy, że film mi się podoba! Wróćmy do Dziabasów. Zdzisław podlany solidnie wódeczką, opowiada Edwardowi o różnych historiach. Opowiada o miejscowości, o ludziach, o swoim synu. I walą niemożliwe ilości wódy do tego. Kiedy Dziabasowa zarządza koniec, wywalając męża do wyra, Edek idzie „spać” do pokoju syna. Tylko nie za bardzo będzie spał. Zostaje w lekkim szoku, gdy do pokoju wchodzi pani Dziabas, odziana w halkę i wbija mu się do łóżka. Scena seksu jest ohydna. A po wszystkim kobiecina wtula się w włochatą klatę gościa, żaląc się na swój ciężki los u boku męża. Bo on twierdzi, że jest szmatą i puszcza się ze wszystkimi – a to ciekawe… W Edwardzie trochę późno, ale dobrze, że w ogóle, budzi się męska solidarność i zamiast przytulić świeżo wypukaną przez siebie kobietę, zamiast ją pogłaskać, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze… on na nią pierdzi. Tak, PIERDZI. Ale i tak gratuluję (scenarzystom – wyobraźni), że po takiej ilości wódy w ogóle na tą kobietę wlazł… Więc mamy już za sobą: śmierć żony, chlanie, ucieczkę na Zadupie, zaprzyjaźnienie się z Dziabasami, chlanie, kombinowanie nad interesem bimbrowym, chlanie, pukanie Dziabasowej, pierdzenie… I to wszystko wymieszane jest z kolejnymi dziwnymi scenami z wizji lokalnej, gdzie ewidentnie coś śmierdzi, a milicjanci próbują poskładać rozpierniczone puzzle z ludzkich życiorysów w jakąś zgrabną i sensowną całość. Wtem, pada pierwszy trup! Przyznam szczerze, bez grama ironii – trup zaskakujący! I chyba uśmiercanie bohaterów komuś się spodobało, bo już sam finisz filmu wyglądał tak: trup, trup, śnieg, krew, poród (?!), wrzask, sapanie, kurwienie, trup, krzyki, szamotanie, strzały, śnieg… A ja dostałam padaczki.
Bez wątpienia historia wciąga. Ja bardzo lubię takie skakanie po różnych scenach, bo one wyczulają na szczegóły. Jest zaskakująca – to też fakt. Ale zupełnie nie ma zakończenia, a aktorzy grają aż ZA dobrze. Ich kreacje są przejmujące, są zagrane dramatycznie, energicznie, są wczuci w swoich bohaterów do szpiku kości. Przy tym są delikatnie mówiąc – obrzydliwi. Są spoceni, oślinieni, upierdzieleni błotem, czy tam innym syfem. No i non stop nawaleni (co nie do końca im wychodziło). I pięknie przeklinają, bo akurat kiedy nie przeklinają, to wlewają w gardła wódę. Dla samego scenariusza zaś najlepiej by było, gdyby wizjonersko zajął się nim pan Tarantino…
Jeśli zaś chodzi o minusy, to najbardziej mnie boli techniczne wykonanie. Sorry, moje dzieciaki wyposażone w pro sprzęt, nagrały by to tak samo. Jestem tego pewna. Na pierwszy strzał idzie udźwiękowienie, które jest tragicznie żałosne. Pies szczeka okropnie, dźwięk ugryzienia przypomina jedzenie jabłka, a sposób, w jaki Więckiewicz „rzyga”, oscyluje pomiędzy wylewaniem wody z wiadra, po umyciu podłogi, ewentualnie po umyciu auta. Rozumiecie o co mi chodzi? Niby ciecz, a słychać tam kawałki ciał stałych… W ogóle reszta „efektów” jest mniej „specjalna”, a bardziej „specjalnej troski”. Burza z fleszy, gromy z taśmy (ciągle te same), deszcz z konewki. Idźmy dalej… Dialogi. Moim zdaniem tego nawet nie można nazwać dialogami. Okej, czasami są jakieś dłuższe frazy, ale zwykle wygląda to tak:
– Mówi, że Murzyn go ugryzł
– Od tego jest.
I jak już tak ochoczo czepiam się rzeczy, które moje oczęta widziały, to realizm scenografii, którym tak twórcy się chwalą, mi przypomina izbę pamięci, względnie jakiś zapyziały skansen. Kurz czułam przez matrycę mojego maćka, ale może to temu, że ja jestę alergikię. Kolejna rzecz to muzyka. Ja wiem, że mój zmysł związany z odbieraniem dźwięków, które można nazwać „muzyką”, jest dosyć ograniczony, ale to, co słyszałam w tym filmie, umiało by obudzić zmarłego, a potem go zabić. Pewnie te wszystkie piski, fałszywe tony, skrzeczenie i jojczenie miało potęgować moje „wrażenie”, ale niestety, budziło tylko i wyłącznie irytację. To, co słyszałam, kręciło się pomiędzy dentystą a wierceniem w uchu udarem.
W tym filmie gra plejada polskich aktorów, których ja znam sprzed wielu lat, gdy zasilali oni kolejne seriale, które mimochodem oglądałam będąc z wizytą u dziadków. Nie twierdzę, że cała ta banda gra źle, ale w moich oczach na zawsze pozostaną bohaterami z kolejnego głupiego tasiemca. I teraz pytanie. Czy żeby zaistnieć w filmie, trzeba męczyć się w serialu, czy może tych filmów jest tak mało, że aktorzy muszą oddawać twarze w kolejnych odcinkach chusteczkowców dla kur domowych? Wiadomo, kredyty. Brakowało mi Kai Paschalskiej…
„Dom zły” to „film zły”. Polskie piekiełko, polska marność nad marnościami. Zawsze to samo. Albo papież, albo wojna, albo komuna. Zawsze bieda, zawsze śmierć, zawsze popieprzeni ludzie. I albo pili, albo piją, albo będą pili i właśnie idą do sklepu po wódkę. Plus nie lubię filmów, w których do psa mówi się „Gnoju”. Nie mam pojęcia po co takie filmy powstają.
ON:
Uwielbiam polskie dziennikarstwo branżowe – to takie uprzejme (cytując Wolfa z „Pulp Fiction”) „lizanie się po kutasach”, robienie sobie nawzajem dobrze, aby sprzedać produkt – jest to doprowadzone do perfekcji. Ty napiszesz dobrze o nas, my napiszemy dobrze o was, wymienimy się jeszcze jakimiś gratisami i wszyscy będą szczęśliwi. Wszyscy poza ostatecznym odbiorcą lub klientem, który na marketingowy bełkot da się nabrać. Weźmy np. plakat do filmu „Dom zły”. Widać na nim: „polskie FARGO” – onet.pl, „W stylu Tarantino” – stopklatka.
Wszyscy, którzy nie mieli okazji oglądać „Domu złego”, a widzieli Oscarowe „FARGO” muszą o pewnych rzeczach wiedzieć: te dwa filmy łączy to, że akcja dzieje się w zimie, jest policjantka w ciąży i mamy do czynienia z morderstwem. Z kolei z filmami Tarantina nie łączy tego obrazu kompletnie nic. Quentin mógłby pozwać za takie obrazoburcze porównanie.
Nie uważam, że każdy rodzimy film jest zły, nie jest tak. W tym morzu gówna wyprodukowanym czasami i z naszych pieniędzy możemy znaleźć małe perełki, które wyłowimy, przetrzemy szmatką i będziemy trzymać na półce. Wiecie jaki jest problem tych perełek? Nadal śmierdzą gównem. Polskie kino w pewnym momencie wpadło do kloaki i mimo ogromnych starań nie może się z niej wydostać. Czasami wyciągnie głowę ponad brunatną, śmierdzącą breje, ale nadal nie może złapać się za brzegi deski klozetowej i podciągnąć się wyżej. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, że nie będę się pastwił nad rodzimymi produkcjami… (ona: taki stary, a taki naiwny…)
„Dom zły” jest tym filmem, który odbił się od dna, ale zabrakło mu sił, aby wydostać się całkowicie ponad powierzchnię. Dlaczego? Już odpowiadam. Jak sobie pomyślę o naturalizmie, to do głowy wpada mi genialny Emil Zola (Emile Zola), którego „Nana” i „Germinal” uważam, za dzieła wręcz wybitne. Właśnie w kierunku naturalizmu idzie reżyser Wojciech Smarzowski, ale niestety – w polskich realiach naturalizm staje się karykaturalny, a czasami wręcz śmieszny. Dobry scenariusz, który nijak ma się do tarantinowskich produkcji, jest zepsuty statycznymi ujęciami, średnią grą aktorską i sposobem, w który historia jest przedstawiona. Najgorsza w filmie jest muzyka. Nie wiem dlaczego ktoś zabił 9 kotów i nagrał ich jęki, ale to nie jest przejmujące tylko wręcz wkurwiająco-irytujące.
Nie chce się rozpisywać i katować całego obrazu, bo nie w tym cel. „Dom zły” nie jest zły, jest całkiem sensowny jeśli porównamy go z resztą polskiej współczesnej kinematografii. Na tym tle wypada całkiem dobrze, ale jeśli obok niego postawimy wspomniane wcześniej „FARGO”, to nasz polski pupilek musi wrócić do polskiego morza gówna.
I proszę mi nie rzucać w twarz, że nie mogę stawiać tych dwóch dzieł obok siebie. Jeśli „stopklatka” mogła to robić, to dlaczego Marudy nie? Seans na raz, aby sprawdzić w jakim kierunku idzie nasza kinematografia.
