ON:

Z komedyjkami jakie poleca lub chce oglądać Papi jest tak: albo okazują się dramatami obyczajowymi, albo są całkiem rozrywkowymi, głupawymi i miłymi filmikami. Po dwóch ostatnich, które wręcz powodowały chęć pocięcia się, jakimś cudem trafiliśmy na telewizyjny seans „I Now Pronounce You Chuck and Larry”. Ponieważ nie było za bardzo jak uciekać, dałem się namówić na rodzinne oglądanie. Podczas tego wieczoru towarzyszyła nam mała wódeczka, która jak wiadomo „nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodziła” i film minął całkiem szybko. Co ciekawe, nawet bez wspomagacza jest on naprawdę bardzo przyjemny.

No to zacznijmy od tego, że to komedia o strażakach, prawdziwej przyjaźni, gejach i nietolerancji. Larry Valentine jest wdowcem i ojcem dwójki dzieci, na co dzień pała się ciężkim i niebezpiecznym zawodem strażaka. Przez swoją pracę czasami zaniedbuje dzieciaki, ale zdarza się to bardzo rzadko, ponieważ kocha je ponad życie. Wynikiem tej miłości jest chęć zapewnienia im odpowiedniej opieki socjalnej jak i finansowej. System jednak staje mu na przeszkodzie. Okazuje się, że nic w biurokratycznej maszynie nie jest takie proste. Larry panikuje, bo co się stanie z pociechami jeśli on zginie na służbie? Całe szczęście z pomocą przychodzi pani urzędniczka, która podsuwa mu pomysł i najszybsze rozwiązanie. Musi się ponownie ożenić, a beneficjentem funduszu stanie się jogo nowy partner/partnerka.

Oczywiście całość nie jest prosta, ale mimo to – do zrobienia. Bohater wpada na szalony pomysł i prosi swojego najlepszego przyjaciela aby zalegalizował z nim związek partnerski. Chuck Levine, bo tak zowie się kumpel, zawdzięcza życie Larremu i zgadza się (nie)bez wahania na taki krok, przecież wszystko jest tylko na papierze. W bajkach w tej chwili można by zakończyć słowami „i żyli długo i szczęśliwie”. Niestety, prawdzwe życie kopie w jajka na każdym kroku, a jeszcze bardziej może kopnąć cię pracownik socjalny, który odkrywa, że chcesz naciągnąć rząd na kasę. Panowe zaczynają mieć na karku Clintona Fizera – grzebiącego im w śmieciach oszołoma, urzędasa pragnącego udowodnić jak grubymi nićmi jest wszystko szyte.

Gdy pojawia się nóż na gardle zgłaszają się do Alex McDonough, prawniczki walczącej o prawa gejów i lesbijek. Kobieta oczywiście chce bardzo im pomóc, niestety, nasi strażacy nie są z nią do końca szczerzy, a z tego wynika cała masa różnych mniej lub bardziej śmiesznych sytuacji.

Przyznam się, że całkiem dobrze się bawiłem oglądając ten pseudo-gejowski duet, starający się ukryć swoje hetero zachcianki. Nie jest to może mistrzostwo komedii, ale nadal ogląda się to całkiem nieźle. Taki film w tle na imprezce z rodziną.

ONA: 

Uwielbiam Adama Sandlera. Uwielbiam, bez dwóch zdań. A filmy z jego udziałem rozśmieszają mnie do łez – jak żadne inne. I niezależnie kogo gra, zawsze po seansie jestem mega zadowolona. Moim ulubionym filmem z jego udziałem jest „Żona na niby”. Ale historia, o której dziś będziemy pisać, należy do top5 najlepszych. Dziś o przyjaźni, problemach biurokratycznych i o tolerancji. Dziś „Państwo młodzi: Chuck i Larry”.

Tytułowi bohaterowie to przyjaciele, których poza płcią łączy jeszcze to, że oboje są chwałą nowojorskiej straży pożarnej. Panowie kochają swoją pracę, oddają się jej zupełnie i bez reszty. Są skuteczni, są odważni. I to tyle, jeśli chodzi o podobieństwa. Larry jest wdowcem, którego żona zmarła nie tak dawno temu, zostawiając go i ich dzieci. Z kolei Chuck to generalnie zapchajdziur. Wyrucha wszystko, co przed nim nie ucieknie. Babiarz, do tego ciacho (no okej, może nie dla mnie, ale scenarzysta tak go kreuje). I podczas gdy Larry zjada kolację z dziećmi (przy czym słowo „kolacja” zdaje się być mocno przesadzone – nasz kot je lepiej), Chuck zabawia się z kolejnymi lachonami. W różnych kombinacjach. Tak wyglądają ich typowe zajęcia domowe. Mimo tych różnic – w pracy są idealnym duetem. Ratują z opresji różne miejsca i różne osoby. I zwykle wychodzą bez szwanku. Ale do czasu… Mały błąd podczas oględzin zgliszcz sprawia, że panowie stają na krawędzi życia. Larry łażąc po spalonym piętrze nagle traci grunt pod nogami, a przed upadkiem ratuje go Chuck. Ale i tak panowie lądują w szpitalu. Tam właśnie tatusiek otwiera oczy. Co stanie się z jego dzieciakami, kiedy on nie wróci z jakieś akcji? Co ciekawsze, po śmierci jego żony przez rok mógł dokonać zmian w polisie, ale on rozpaczał, był w żałobie, dlatego kapa – ubezpieczenie wisi w nicości. Kolejną zmianę można wprowadzić po śmierci lub po ewentualnej zmianie stanu cywilnego… Sprawa jest pilna. A że Larry po śmierci żony nie za bardzo potrafi oglądać się za innymi kobietami, wpada na pomysł szatańsko-genialny i w środku nocy postanawia przekazać go swojemu przyjacielowi. Chuck gdy usłyszał co chodzi po głowie desperatowi, podłącza się do butelki z alkoholem. Ale kiedy słyszy argument ostateczny: „I saved your life, bitch”, nie ma wyjścia, musi się zgodzić. Nazajutrz zamaskowani jak tylko się da, udają się do Ratusza, by podpisać swój „związek partnerski”. I tu zaczynają się kłopoty. Okazuje się bowiem, że takich cwaniaków, którzy chcieli wykiwać/oszukać miasto, było wielu, a sąd w precedensowym procesie skazał podobnych kombinatorów na wiele lat więzienia. I teraz gryzipiórki dokładnie przyglądają się wszystkim podobnym akcjom, węsząc przewinienia…

Film poza tym, że jest świetny, bawi i prześmiewa, to również trochę moralizuje i mówi o ważnych rzeczach. I ma genialną muzykę, która totalnie wpasowuje się w mój gejowy gust. Większość scen miażdżyło mi głowę i miałam chwile, gdy przez śmiech nie potrafiłam złapać oddechu. Wszystko, od listonosza, który „handle with care”, po syna Larry’ego, który jest bardziej gejowy niż mniej. I zakupy, kiedy szukali produktów typowych dla homoseksualistów. Albo gdy jeden ze strażaków przyznaje się, że faktycznie – kocha inaczej, a potem pod prysznicami odśpiewują na kilka głosów „I’m every woman”. Podsumowując: mamy homo/hetero świat, z mnóstwem aluzji, gagów, stereotypów.

I pamiętajcie: the accepted vernacular is „gay”.