ON:

O „Editorsach” wiem bardzo niewiele, właściwie to nic. Wiem, że dużo osób zachwalało ten brytyjski zespół grający alterantywnego rocka, ale pomimo mojej miłości do takiej muzyki, panowie ani razu nie zagościli w moim odtwarzaczu. Nigdy nie traktowałem ich jako konkurencji dla innych zespołów, grających podobną muzykę, goszczących w mojej bibliotece muzycznej. Tak się jakoś składa, że na początku każdego tygodnia, gdy na Deezerze pojawiają się nowe banery z propozycjami, klikam na każdą i daje jej pięć minut. To przeważnie wystarcza, aby sprawdzić czy dany wykonawca lub zespół potrafi mnie zaciekawić. Ostatnio na górze strony pojawiła się zajawka z najnowszą płytą Brytyjczyków, pod tytułem „The Weight Of Your Love”. Po pierwszych trzech minutach miałem dreszcze, po kolejnych kilkunastu byłem zakochany.

Uważam, że jest to album kompletny i dojrzały. Z jakiegoś powodu wokal Toma Smitha kojarzy mi się z Brendanem Perrym z Dead Can Dance i możliwe, że to właśnie było powodem, że nie wyłączyłem „The Weight”, czyli pierwszego kawałka na płycie, po kilku pierwszych minutach. To cholernie mroczny, wręcz demoniczny kawałek, który powoduje, że oczami wyobraźni widzę samotnego jeźdźca, przemierzającego pustynię. Otulony kołderką bęben nadaje rytm, jest też gitara z lekkim przesterem, a później sample i ukryte smyczki. Bajka – takie numery powodują, że ciary zaczynają przechodzić ci od czubka głowy do samego tyłka. Jeżysz się jak jeżozwierz, serio. Pozwoliłem aby 4:32 uciekło w akompaniamencie miłych dreszczy i postanowiłem zobaczyć co będzie się działo dalej. No ja, pier…. Nr dwa to „Sugar” i znów mam jakieś skojarzenia z „DCD”, bowiem wokal Toma hipnotyzuje, z nizin wyskakuje na wyżyny. There’s sugar on your soul słowa pojawiający się w refrenie są zaśpiewane w taki sposób, że brak mi tchu. Panowie z zespołu bawią się muzycznymi gatunkami, znów sample, znów smyczki. Mamy artrock, trochę progresywnego, mamy etniczne klimaty rodem z zespołu Perrego. Lecę do trzeciego numeru, musi być przecież słabiej, musi. „A ton of love” jest jak rozpędzony parowóz, do którego maszynista dorzuca węgiel. Szybki rytm, ostre, brudne gitary i powtarzające się w tekście „Desire”. Kurde mamy kolejny hit na płycie. Trzy numery – trzy utwory, spokojnie nadające się na singiel promujący płytę. Nie ma szans i albo cały album będzie tak genialny (co oznacza, że panowie sprzedali duszę diabłu), albo czwarty kawałek będzie do kitu i możemy schować płytę pomiędzy inne przeciętniaki. I znów kop w jaja. Ballada i to jaka ballada, Jezusie Nazareński. Jak można wsadzić tak wiele instrumentów do jednego utworu, zmieszać gitary, smyczki, perkusję, sample, dołożyć tło przypominające to znane z „Million dollar Hotel” od U2. Tom znów śpiewa inaczej, bardzo wysoko, bardzo. Znów hit, a panowie idą za ciosem, zapodając „Honesty” z klawiszami przypominającymi mi lata 90-te. Cały kawałek jest hołdem dla spokojnego balladowego grania tamtych czasów. Takie trochę Go Go Dolls lub Train. „Nothing” jest smyczkową balladą, która odbiega nieco od tego, co dostaliśmy w poprzednich utworach, jest inaczej, ale nadal dobrze, ale sielankę przerywa „Formaldehyde”. Muszę to napisać, przepraszam za zwrot. Ja jebię, jak można napisać piosenkę o miłości w taki sposób? No ja się pytam. Okazuje się, że nie słodkim pierdzeniem można pokazać jak bardzo kogoś uwielbiamy. Nie mam pytań. Pozamiatane. Do końca płyty pozostały cztery utwory, około dwudziestu minut. Nadal jest tak samo dobrze jak na początku. Po pierwszym odsłuchu stwierdziłem, że chcę więcej, więcej i tak płyta towarzyszy mi od kilku dni non-stop.

Oficjalnie potwierdzam, dusze panów z Editors mają zaklepane pierwsze miejsca w piekle. Sprzedali je za najlepszy album rockowy tego roku. Jeśli chcecie sprawdzić, to pełna wersja do odsłuchu znajduje się tutaj.