ONA:

Każdy nastolatek, niezależnie od miejsca, w którym dorastał, od wyznania, wychowania i tych innych głupot, marzy w swoim życiu o jednym: o epickiej imprezie, w której weźmie udział, zalewając się w trupa, paląc całe zioło świata i pukając to wszystko, na co ma ochotę. Nie ma się co dziwić, że twórcy komedii dla tej grupy społecznej wychodzą im naprzeciw, produkując kolejne filmy o praktycznie tej samej fabule, z jedną, wielką balangą w tle. Szczególnie, że sezon na balowanie właśnie nadszedł.

Było ich trzech: Miller, Casey i Jeff Chang. Jednak wybór różnych dróg rozdzielił tą długą, męską przyjaźń i najlepsi kumple zaczęli widywać się dużo rzadziej. Ale są okazje i okoliczności, kiedy cała paka musi być razem. Ot, na przykład osiągnięcie pełnoletności, które jak wiadomo w USAch zdobywa się po ukończeniu 21 lat. Potem są już tylko studia, prace, staże, jedną nogą ma się już rodzinę, a największym marzeniem staje się szybsza i sprawniejsza spłata gigantycznego kredytu. Nie trudno się zatem dziwić, że kumple postanawiają wykorzystać okazję, w której Jeff wchodzi w stan „legalności” i zabawić się zdrowo. Robią mu więc niespodziankę i odwiedzają go, licząc, że najbliższa noc przejdzie do historii epickości. Niestety, wszystko wisi w niewiadomej, bowiem solenizant dzień po ma mieć jakąś ważną rozmowę, którą naraił mu zaborczy tatuś. Stwórca ma wobec swojego syna ogromne aspiracje, widzi go na studiach medycznych, bo któreś z kolei pokolenie w tej rodzinie ciągnie w tej profesji. Młody nie za bardzo wie, co chce robić, ale tatuś rządzi twardą ręką. Widmo dzikiego przelotu przez lokalne knajpy idzie się paść. Dobra, inaczej. Jeden drink – to wszystko. Już wiecie, co będzie dalej?

Jak to w takich filmach bywa – musi być z przytupem, musi być epicko i dziko. Nocne przygody chłopaków są jednym, wielkim absurdem i przeczą wszelkiego rodzaju prawom, ale na filmie wygląda to o tyle znośnie, że dooglądałam to badziewie do końca. Humor jest żenująco-kloaczny, niedorzeczny i z każdą minutą coraz bardziej irytujący. Nie ma w tym „dziele” ani jednego fajnego momentu, w którym można chociaż podnieść jeden kącik ust, w geście zadowolenia. Impotencja umysłowa gwarantowana. Jeśli byłabym gimnazjalistką, to może inaczej bym reagowała na te „gagi”. Tymczasem, mam 27 lat i nie śmieszy mnie to wcale. Tym sposobem zaliczam się do grona zgryźliwych tetryków.

 

ON:

Pewnie każdy z was miał w liceum lub na studiach taką paczkę kumpli i do bicia, i do picia. Poszlibyście za sobą w ogień, wydłubali oczy innym, zagryzali fretki. Takie przyjaźnie albo trwają wiecznie, albo rozpadają się gdy zaczynacie dorastać. Kiedyś wydawało mi się, że mam takich znajomych, okazało się, że bardzo się myliłem, teraz pojawiła się nowa ekipa. I wszystko jest na dobrej drodze do prawdziwej męskiej przyjaźni (pozdro dla AK, SO, TB i CDN).

Historię takiej paczki opowiada film „nieletni/pełnoletni”, który na początku tego roku pojawił się w polskich kinach. Miller, Casey i Jeff Chang to trzech kumpli, których drogi się trochę rozeszły, a wspólne chwile minęły. Każdy zaczął żyć nieco innym życiem, ale nadszedł czas aby to naprawić. Miller i Casey wpadają do domu Changa, aby wyciągnąć go na melanż życia. Jak by nie patrzeć facet właśnie skończył 21 lat i czas najwyższy pojawić się w klubach i na imprach, których wcześniej nie było im dane odwiedzić. Jeff jest trochę jak Kopciuszek, bo z samego rańca musi być w domu ponieważ jego ojciec na siłę chce wcisnąć go na studia medyczne. Standardowa gadka o tym “jak wiele dla ciebie zrobiłem synu, przegapisz swoją szansę” itd. Srańsko w bańsko. Nie zważając na protesty i ględzenie ojca, przyjaciele wykradają azjatyckiego kumpla z domu i zaczynają „ciąg”. Wizyta w knajpie, kolejne lufki lądują w gardłach, świat nabiera barw. Taniec na barze, sikanie na ludzi, rzyganie w najmniej odpowiednich momentach. Zabawa zabawą, ale na rano trzeba odstawić Kopciucha do domu. Wiecie jaki jest problem? Panowie są tak zrobieni, że za Chiny nie potrafią sobie przypomnieć gdzie mieszka ich kumpel, a on jest tak naprany, że za Chiny nie powie jak dotrzeć do jego domu. No i zaczyna się trip. Teoretycznie można nazwać go komedią pomyłek, gdyby jeszcze było tu coś śmiesznego. Klepanie deską lasek po tyłkach, bieganie ze skarpetą na wacku lub z przyklejonym pluszakiem do członka to trochę za mało, aby doprowadzić nas do śmiechu, takiego szczerego śmiechu. Mamy do czynienia z kinem pokazującym imprezy na jakich każdy z nas chciałby być i o jakich marzy. To kino dla nastolatków, których śmieszą drętwe teksty i pierdzenie na bezy. Myślę, że stare pokolenie (takie w moim wieku) pokazałoby tym małolatom jak się bawić, co to „mniam, mniam” i dlaczego zabija po 3 kieliszkach, jak rzygać przez otwarte okno pędzącego samochodu, jak popijać spirytus winem i po 18 browarach dojść do domu. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o zgubionych Vansach. Miało być śmiesznie, a wyszło tak sobie. Film jest przeciętny, czasami wydaje się, że scenarzystom zabrakło pomysłu na scenariusz i na szybko wymyślali kolejne, czasami wręcz absurdalne sceny. Nie ukrywam, że kilka razy przyszło mi zarżeć, ale to jednak nie wystarczyło, by rzucić mnie na kolana. Dla mnie niedoścignionym filmem o piciu jest pierwszy „Kac Vegas” i na chwilę obecną nie udało się tego filmu nikomu przebić.

„nieletni/pełnoletni” pojawili się trochę w ramach wakacyjnego kina. I właściwie możecie je sobie odpuścić. Szkoda kasy, poczekajcie, jak pojawi się na DVD, VOD, czy jakimś HBO.