Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY MUZYKA

Hair

ONA:

Nie potrafię mówić o tym filmie inaczej, niż z zachwytem. Nie potrafię mówić o choreografii z tego filmu inaczej, niż z zachwytem. I nie potrafię mówić o muzyce z tego filmu inaczej, niż z zachwytem. Zakochana jestem w nim od pierwszego seansu – bawi mnie, wzrusza i pobudza jak te kilka lat temu, kiedy poznałam historię Claude’a, Georga, Sheili, Jeannie i Lafayette’a oraz Woofa, którą nakręcił 35 lat temu Milos Forman. Dziś z wielką radością napiszę Wam o moim ulubionym musicalu, który zupełnie bez przypadku mogę nazwać również ulubionym filmem. Dziś „Hair”!

Claude Hooper Bukowski

Finds that it’s groovy

To hide in a movie

Pretends he’s Fellini

And Antonioni

And also his countryman Roman Polanski

All rolled into one

One Claude Hooper Bukowski

Claude właśnie opuścił rodzinną Oklahomę, żegna się z ojcem i udaje się do Nowego Jorku, by zaciągnąć się do armii. Jego młodość przypadła na moment, w którym musi opowiedzieć się po jednej z dwóch stron: albo walcząc w Wietnamie, zgodnie z kodeksem honorowym, przepełniony szacunkiem do ojczyzny, albo w hippisowskiej komunie, która ponad wszystko kocha wolność, która „make love not war” i która miłością i radością wypełnia każdy dzień. Są głodni, są brudni, ale mają wolność – pod każdym względem. I na taką bandę wpada Claude. Nieformalnym dowódcą grupy jest George Berger (Treat Williams), który wszystko potrafi zorganizować i załatwić, który jest bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi i który jest po prostu uroczy. Mamy tu również słodką Jeannie, która jest przy nadziei i która aż do samego rozwiązania nie wie kto jest ojcem jej dziecka. Jeśli urodzi się białe – będzie to jasnowłosy Woof (który Jaggera z łóżka by nie wyrzucił), a gdy będzie bardziej czekoladowy – wówczas zostanie potomkiem Lafayette’a (który jeszcze niedawno wiódł spokojne życie u boku narzeczonej i ich wspólnego dziecka). Nikomu to nie przeszkadza – żyją razem, jak rodzina, dzieląc ze sobą chwile radości i uniesienia, nie tylko seksualnego, ale i narkotykowego. Haszysz miesza się z sodomią. Kokaina z fellatio. Cunnilingus, marijuana, pederasty, opium, masturbation – „S-E-X and Y-O-U, Wow!” Ale zostawiam te dwa jakże przyjemne obszary tematyczne i spróbuję skupić się na fabule. Claude wchodzi w hipisowski świat, ciągle pamiętając o tym jakie jest jego powołanie. Jego nowi znajomi za cholerę nie potrafią tego zrozumieć i próbują go odwieźć od tego pomysłu. Po drodze pojawia się również piękna Sheila – dziewczyna z dobrego, bogatego domu, w której przyszły wojak zakochuje się totalnie! Ale to przecież absolutny mezalians, który nie ma szans na przetrwanie. Tylko od czego ma się przyjaciół? W brawurowy sposób starają się połączyć drogi Claude’a i Sheili, jednak czas poboru wojskowego zbliża się nieuchronnie. Gdy Bukowski jest już w koszarach, jego hippie-banda postanawia go odbić. Wszystko idzie zgodnie z planem do pewnego momentu. Niestety, nie wszyscy bohaterowie „Hair” będą mieć okazję przeżyć.

Milos Forman zrobił mi dobrze. Zrobił mi bardzo dobrze! Znam ten film na pamięć, ale co się dziwić, jak oglądam go tak skrajnie często. Ba, mam go zawsze przy sobie, podobnie zresztą jak muzykę z niego. Urzekł mnie, wzruszył, otworzył oczy na pewne wartości o wiele bardziej, niż Pón Bóczek i cała ta jego banda. Warstwa muzyczna, tak genialnie skomponowana i tak emocjonalnie wyśpiewana, prosto z trzewi, z całą paletą uczuć, jest moim zdaniem mistrzostwem świata. Niezależnie, czy śpiewają o Erze Wodnika, czy recytują kolejne nazwy środków narkopodobnych, niezależnie czy Berger tańcząc na stole krzyczy, że on też ma życie, czy stojąc całą grupą pod grobem przyjaciela na cmentarzu wojskowym w Arlington zawodzą „Let the sunshine, let the sunshine in!”

„Hair” to musical, który absolutnie nie powinien być traktowany jak zwykle to bywa z tym gatunkiem. Nie można przejść obok niego w sposób lekceważący, kpiąco mówiąc „Meh, tylko śpiewają…” Właśnie na tym polega jego genialność – on w sposób lekki i przyjemny mówi o bardzo ważnych rzeczach, o przyjaźni i miłości, ale i o poczuciu obowiązku wobec kogoś/czegoś. Jest hołdem dla wolności i przemian, które przyniosły lata 60. ubiegłego wieku. To film, który mówi o tym, że pierwszorzędną wartością, która powinna przyświecać ludzkiemu życiu, jest dobro – dobro po prostu i dobro ponad wszystko. Takie błahe elementy jak życie seksualne, tendencje do używania, status społeczny czy ilość monet, które się posiada – to wszystko nic. To dzieło jest hołdem dla życia, wypełnionego miłością i radością, witalnością i umiejętnością cieszenia się z drobnostek.

Milos Forman totalnie oddał ducha tamtych czasów, wydobywając na wierzch alternatywne podejście do świata. To dzieło jest kultowe i nic, do dziś, nie potrafi tak dobrze podjąć tego tematu równie dobrze i kompletnie. Gęsia skórka od pierwszych wyśpiewanych słów, po ostatnie, ale wtedy ciężko powstrzymać łzy, które niekoniecznie oznaczają smutek. To po prostu zmaterializowane emocje, które szukają upustu.

ON:

Dzisiejszy wpis jest specyficzny. Z jednej strony Paulina napisała mi, że jeśli powiem złe słowo o opisywanej produkcji, to śpię w salonie, z drugiej nie mam zbyt wielkiej ochoty wypowiadać się źle o dziele Milosa Formana. Ten facet zrobił dla kina tak wiele dobrego, że nawet jeśli zapakowałby kawałek kupy w kolorowy papierek, to rzekłbym, że to arcydzieło.

„Lot nad kukułczym gniazdem” jest bezapelacyjnie filmem w top ten obrazów stulecia, ale „Hair” mogę spokojnie wsadzić na półkę najlepszych musicali ostatnich 50 lat. Dlaczego? Bo jest opowieścią wyjątkową i pomimo tego, że daleko mu do „The Wall” Parkera, to jest wspaniałym, przejmującym musicalem.

Opowieść Formana zaczyna się niezwykle spokojnie, jak na film przepełniony muzyką, ale dzięki temu początek pozwala nam spokojnie zapoznać się z postaciami dramatu. Przede wszystkim mowa tutaj o C. Hooperze Bukowskim, młodym chłopaku z Oklahomy, który wyrusza w podróż do Nowego Jorku, gdzie spędza dwa dni przed zaciągnięciem się do armii. Podczas wizyty w Central Parku natrafia na grupę hipisów, którzy pokazują mu zupełnie inną wersję rzeczywistości, wizję, której zupełnie się nie spodziewał. George Berger, przywódca uwielbiających pokój ludzi, pokazuje mu jak inaczej można spojrzeć na otaczający nas świat.

Kwintesencją „Hair” jest jego fenomenalne oddanie klimatu lat 60-tych. Z jednej strony Wietnam, z drugiej hipisowskie imprezy zrzeszające setki ludzi. Z jednej strony nadchodząca wojna za oceanem, z drugiej protesty i kwiaty, a wszystko to okraszone wszechobecną muzyką tamtych czasów. Pomimo „zabawnej” konwencji, znajdziemy w tejże opowieści mocno zaakcentowane główne problemy, gryzące USA tamtych czasów. Minęły już chwile ogromnej segregacji rasowej, ale pojawiły się inne problemy. W filmie pojawia się jedno zdanie idealnie opisujące to co się dzieje w granicach i poza granicami amerykańskiego państwa.

„The draft is white people…
sending black people…
to make war on the yellow people…
to defend land they stole…
from the red people!”

Tak właśnie wyglądała wojna w Wietnamie. Kule nie pytają się kogo zabijać, nie znają podziałów rasowych, wszytko to w imię zasad, haseł głoszonych zza biurek kongresmenów i salonu prezydenta, znajdującego się w Białym Domu. Po latach zastanawiamy się ile tak naprawdę niosła zagrożenia dla demokracji Stanów Zjednoczonych armia Wietnamu. Te hasła wygłaszane z podestów nijak się mają do tego, co czuje banda hippisów. Bukowski z jednej strony nie chce poddać się grupie wyzwolonych ludzi, z drugiej cały czas go fascynują. Spędzone z nimi chwile wzbudzają między nimi więź, która rozrasta się pomimo odległości i czasu jaki zacznie ich dzielić.

Z upływem kolejnych minut zagłębiamy się w opowieść gdzie dwoje różnych ludzi staje naprzeciw siebie i zmierza się charakterami. Bukowski jednak decyduje się wstąpić do armii, nie ucieka od czekającego go obowiązku, zaś jego przyjaciel zostaje wraz ze swoja „watahą”. Forman idealnie pokazuje zażyłości występujące w takiej grupie. Przykładem może być będąca w ciąży dziewczyna, która tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, który z będących przy niej mężczyzn jest ojcem jej dziecka. Nikt nie przejmuje się niczym, imprezy przepełnione są tańcami, muzyką i narkotykami, nagie ciała to norma i nikt tej nagości się nie wstydzi.

Opowieść ta rozkręca się dość dziwacznie, niektóre wątki są specyficzne i dziwne, wyrwane z codziennej rzeczywistości tak samo, jak wyrwani są mieszkańcy hipisowskiej komuny. Czasami wydaje się, ze ich świat to inna planeta, która otoczona jest bezpieczną kulą energii, kulą broniącą ich przed wszystkimi i wszystkim, a w chwilach, gdy nadejdzie zagrożenie, wystarczy zwrócić się o pomoc do rodziców lub bliskich. Do całego tego świata poza Bukowskim wciska się jeszcze kobieta z „wyższych sfer” – Sheila Franklin, jej obecność jest obowiązkowa. Przedstawia ona osobowości oderwane od problemów przyziemnych, które mają daleko to, co dzieje się poza ich domostwem. Jeśli dla Bukowskiego hipisi byli dziwakami, to dla niej jest to dzika, nieokiełznana zwierzyna i należy jej unikać. Niestety, wszystko to, co dziwne fascynuje człowieka i jakaś jej cząstka zmusza ją do spędzenia razem z nimi wspólnych chwil. Ale to nie oni są jej obiektem fascynacji, ale zagubiony w całej sytuacji Claude Hooper Bukowski.

„Hair” jest filmem wyjątkowym, dziełem przemyślanym i kompletnym, które nawet po ponad 30 latach wydaje się przemyślaną opowieścią o przemianach, miłości, przyjaźni i braterstwie. Nawet jeśli nie kochacie musicali, to powinniście poświęcić chwilę tejże historii, uważam, że warto.