ONA:

Niedziela, ostatni dzień z polskimi komediami. Długo zastanawiałam się który film wybrać, bo przecież mieliśmy czas, kiedy non stop powstawały jakieś komedie – lepsze i gorsze, ostatnio wręcz beznadziejne. „E=mc2”, kolejny film O. Lubaszenko, który recenzowaliśmy, znowu kręci się wokół gangsterskiego półświatka, ale tym razem w wersji akademickiej. Już wyjaśniam o co chodzi.

Max Kądzielski (O. Lubaszenko) jest doktorem filozofii, którego nie trzyma się ani kasa, ani kobiety. Coś tam sobie wykłada, mieszka z mamą i w wolnych chwilach pisze prace zaliczeniowe i dyplomowe praktycznie na każdy temat. Pewnego dnia zgłasza się do niego Stella (Agnieszka Włodarczyk), która potrzebuje „korepetycji” przy magisterce z pedagogiki. No wymyśliła sobie dziewczyna studia i wyższe wykształcenie, a teraz trzeba do tego dojść. No i tutaj pojawia się Maks. Dla Stelli pieniądze nie mają znaczenia, od razu wypłaca filozofowi 8 tysięcy za pracę. Robi to łatwą ręką, bowiem utrzymuje ją Ramzes (Cezary Pazura), przedsiębiorca typu „gangster”. Co prawda Andrzej, bo tak nazywa się nasz mafiozo, ma rodzinę – żonę i niepełnosprawną córkę, od których nigdy nie odejdzie, ale to w żaden sposób nie wpływa na wicie intymnego gniazdka z młodą, atrakcyjną dziewczyną. Ale Ramzesa, od swoich kolegów „po fachu” odróżnia jedna rzecz – jest on ambitny. Marzy mu się coś więcej. Dlatego po zakupieniu na stadionie tytułu magistra, postanawia zdobyć doktorat. I w tym ma mu pomóc nasz filozof, Max. Doktorek niechętnie, ale na skutek odpowiednio silnych argumentów, bierze się za Andrzeja. Lista książek, filmów, regularne odwiedzanie teatru, filharmonii, bo przecież przewód doktorski to już nie przelewki. I gdy mafiozo jak kujon siedzi z nosem w podręcznikach, Max coś niebezpiecznie mocno zbliża się do Stelli. Klasyczna kołomyja.

„E=mc2” to nie jest bardzo wybitna komedia. Cały jej ciężar wzięli na barki Pazura z Lubaszenką, chociaż jest kilka postaci, które również dały radę. Edward Linde-Lubaszenko wcielił się w rolę zapijaczonego dziekana wydziałyu, Piotr Siejka zagrał Stefka, dresa-ochroniarza, a Szymon Majewski był doktorem Adamem Kuczką, również filozofem, który też reperował budżet pisaniem prac. On do tego wszystkiego jeszcze wybitnie lubił studentki. Strasznie podobał mi się Jan Nowicki w roli teścia Ramzesa. To taki człowiek z charakterem, z nieugiętymi zasadami. Ten bohater pod sam koniec bardzo mnie zaskoczył. Najnędzniejsza w tym całym projekcie okazała się A. Włodarczyk, ale ją kinematografia już dawno temu wypluła, obnażając boleśnie brak talentu i szczerze powiedziawszy – wątpliwą urodę. Jej obecność na planie drażni i strasznie obniża wartość całego przedsięwzięcia.

To najsłabszy film w tym tygodniu, ale ja go wybrałam nieco przekornie, bo on mimo wszystko ma bardzo fajne teksty, a one przecież są głównym wyznacznikiem rodzimych produkcji. Bo ja, moi drodzy, sięgam po te starsze, polskie komedie, tylko z powodu dialogów.

ON:

Tydzień z polską komedią uważam za zakończony. W ostatnim dniu będzie o „E=mc²” – komedii, która komedią nie jest, przynajmniej dla mnie. Bardziej mamy do czynienia z niemrawą opowieścią sensacyjną o nawróconym gangsterze. Czy gdzieś już tego nie było? No właśnie wydaje mi się, że jeśli dołożyć do filmu psychoanalityka, to będziemy mieć „Depresję Gangstera” lub „Sopranos”, tylko w polskim, dużo biedniejszym wydaniu.

Max Kądzielski jest doktorem filozofii. Jest to praca tak nędzna, że mężczyzna musi za kasę pisać studentom prace magisterskie. Żenujące i smutne. Wszystkie spotkania z zainteresowanymi takimi pracami osobami odbywają się w totalnej konspiracji. Podczas jednego z nich Max poznaje Stellę, młodą i piękną kobietę, która od razu wpada mu w oko. Początkowo jest zimna i stara się go trzymać na dystans, ale z biegiem czasu zaczyna się między nimi rodzić uczucie. Jest jeden mały problem. Dziewczyna „należy” do mafioza trzęsącego dużą częścią Warszawy – jego ksywa to „Ramzes”. To typ prostego polskiego gangstera. Lokale z gołymi dupami, alkohol, narkotyki. W rozmowach jest twardy i bezpośredni, a kur… jest jego przecinkiem. Gdy dowiaduje się, że koło jego dupy kręci się jakiś profesorek, to postanawia zainterweniować. W bardzo dosadny sposób stara się przekonać profesorka, że wybrał zły obiekt swoich amorów. Kolejne spotkania Maxa i twardziela z ulicy doprowadzają do sytuacji, w której to Ramzes wykazuje ogromne zainteresowanie nauką, bo przed chwilą kupił sobie magistra. Pomimo prób wytłumaczenia bandycie, że obrona doktoratu nie jest łatwą sprawą, ten upiera się, że chce go zdobyć. Zaczyna więc czytać traktaty filozoficzne, uczyć się i patrzeć na życie w zupełnie inny niż dotychczas sposób.

Ten film ma wiele bolączek, ale główną jest słaba gra aktorska. Jeśli jeszcze Pazura, czy Lubaszenko starają się dać coś z siebie, to Agnieszka Włodarczyk i Renata Dancewicz są tak beznadziejne i puste, że aż dziw bierze, że można tak nijako zagrać swoją postać.

Dla mnie „E=mc²” jest filmem, o którym nie wiedziałem wcześniej nic i tak naprawdę wiedza o jego istnieniu nie zmieniła niczego w moim życiu. Poza tym, że straciłem 90 minut, które równie dobrze mogłem przespać.

W ten oto sposób zakończyliśmy tydzień z polskim kinem komediowym. Raz było lepiej, a raz gorzej tak, jak to w życiu bywa.