ONA:
Sofia Coppola… Aktorka (debiut w „Ojcu chrzestnym” mając rok to nie przelewki) scenarzystka, reżyserka, fotografka i projektantka mody – a wszystko w zaledwie 164 cm wzrostu. Sofia Coppola – córka TEGO Coppoli, kuzynka TEGO Nicolasa. Jej nazwisko z miejsca powoduje dreszcze, a w branży filmowej nie dość, że wiele znaczy, to jeszcze otwiera mnóstwo drzwi, które zamknięte są dla przeciętnego debiutanta. Sofia Coppola – dla mnie to synonim przerostu formy nad treścią. Co zresztą potwierdziłam, oglądając jej ostatnie dziecko „ Bling Ring”.Okej, było „Między słowami”, które w kategorii „niedopowiedzeń” i ukrytych treści całkiem nieźle sobie radzi, ale to jeden film – wyjątek potwierdzający regułę, która brzmi „Sofia Coppola to słaby reżyser”. Ale na „Bling Ring” czekałam. Spodziewałam się fajerwerków, dostałam ledwie pierdnięcie podduszonego fiata 126p. Cała historia, ukazana w tej produkcji, miała miejsce naprawdę. Wszystko dzieje się w świecie zdominowanym przez „mieć”, a nie „być”. Grupa zdrowo wykolejonych, amerykańskich nastolatków postanawia „mieć” – i to za wszelką cenę. Pochodzą z różnych domów, ale nie są to rodziny typu „pato”. Pewnego razu wpadają na „genialny” plan. Chcą zakraść się do domu jakiegoś celebryty i zrobić sobie zakupy. I jak pomyśleli, tak zrobili. Pierwszy, potem drugi, trzeci i kolejny raz. Zwiedzili posiadłości wielu znanych osób, nakradli towaru za ogromne sumy i zafundowali sobie życie dokładnie takie, o jakim marzyli – wypełnione luksusem, bogactwem, prochami i alkoholem, z nieustającą zabawą i zazdrosnym wzrokiem rówieśników. Wszystko szło idealnie… Do czasu…
I zaraz Wam napiszę dlaczego ten film tak bardzo mi się nie podobał. Bo nie podobało mi się w nim zupełnie WSZYSTKO. Zacznę od fabuły opartej ponoć na jakimś artykule, który z kolei posiłkował się prawdziwymi wydarzeniami. Dzieciaki, gwiazdy i gwiazdki, gorące nazwiska i ogromna potrzeba posiadania – posiadania ponad wszystko. Okej. Ale czemu zostało to tak beznadziejnie i sztampowo pokazane? Czemu każda scena wygląda jak marna kalka poprzedniej? Zero akcji, zero zapału. Ot, retrospekcja policyjna nagrana ciut lepszym sprzętem. Wynudziłam się jak mops, a liczyłam na jakieś emocje… Idźmy dalej – aktorzy. Poza Emmą Watson (w roli jednej z kradziejek) oraz Leslie Mann (która grała pieprzniętą matkę – widać tylko to jej zostało), nie znałam nikogo z obsady. Nie twierdzę, że to złe posunięcie, natomiast młoda ekipa, mająca za sobą góra 2-3 filmy, w których grali „pokojówki w scenie 8284014”, za cholerę nie potrafiła oddać klimatu, na który liczyłam. Miałam nadzieję, że zobaczę zmanierowanych gówniarzy, a tymczasem zobaczyłam gówniarzy, którzy próbowali być zmanierowani, co niestety widać, szczególnie w przypadku Israela Broussarda. Laskom to mimo wszystko wychodziło lepiej. I skoro już wspomniałam o Emmie „Hermione” Watson – dziewczę chce za wszelką cenę zerwać z tą etykietką i faktycznie, pod mundurkiem z Hogwardu widzimy wiele apetyczności, a przepełnione seksem i hormonami miny próbują raz na zawsze zostawić małą czarodziejkę w tyle, ale nie idzie jej to zupełnie. Poza tym, ta jej rola w „Bling ring” jest chyba najbardziej drażliwa, z całej gówniarskiej palety. Natomiast cała reszta, którą szumnie (i trochę za bardzo) nazwano „filmem” jest tak słaba, tak beznadziejnie nudna, płaska, monotonna i wkurwogenna, że szkoda czasu. Poważnie. Jeśli chcecie pooglądać sobie bandę drażniących nastolatków, to wystarczy stanąć pod pierwszym z brzegu gimnazjum.
Film jest głupi, bohaterowie są przebiegli i cwani, ale skretyniali do granic przyzwoitości (nikt im nie mówił, żeby podczas rabunku zakładać rękawiczki? Albo zakrywać mordy? I nie wrzucać zdjęć z „towarami” na fejsa?! Heloooł?!?!?!)
ON:
Sofia Coppola stworzyła jedno wybitne dzieło – „Między słowami”. Reszta filmów, jakie wyszły spod jej ręki, jest nijaka i nie pomoże nazwisko, ani nie pomoże kasa, gdy tworzysz produkty, co najwyżej przeciętne.
Jednym z nich jest „Bling Ring”, dzieło oparte na faktach, opowiadające o grupce nastolatków, którzy obrabiali domy gwiazd. Zaczęło się od tego, ze kilka lasek i jeden koleś chciało mieć więcej niż rówieśnicy i nie za bardzo chcieli się przy tym narobić. Super ciuchy, gadżety i kasa – marzenie każdego. Ale przecież żaden z rodziców nie da gówniarzom kilku tysięcy dolarów na torebkę od Coco lub jeszcze więcej na oryginalnego Hermesa Berkina. Wiem, jakie to perełki, bo dzięki Papi pokochałem „Sex w wielkim mieście”. Dzieciaki zaczynają więc kombinować. Czy zdajecie sobie sprawę z tego jak dużo osób zapomina zamknąć samochód na noc? Jedna rundka po okolicy i 400$ mają w kieszeni. Tak wygląda praktycznie każdy wieczór. Wypad na miasto i zbieranie fantów. Jednak to za mało. Pewnego dnia wpadają na genialny pomysł, że może warto odwiedzić domy gwiazd. Przecież większość z nich i tak pomyka po jakiś planach filmowych, koncertach, czy są na rozdaniu nagród, a ich mieszkania aż proszą się o penetrację. Od pomysłu do realizacji nie minęło wiele czasu.
Kto by pomyślał, że bogacze nie pilnują swoich posesji? Widocznie tak było, bowiem grupka włamywaczy dość prosto dostawała się do środka. Przeważnie nikt nie zabezpieczał swoich posesji. Przecież wiadomo, że żaden bandyta nie pójdzie obrabiać chaty Paris Hilton lub innej celebrytki. Okazuje się, że było inaczej. Z początku dzieciaki były cwane, brały po kilka rzeczy, których zniknięcia nikt nie zauważy, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. W pewnym momencie z wypadów wracali jak z dobrych zakupów, z pełnymi torbami ubrań, zegarków, butów i innych rzeczy. Zdarzało im się kraść obrazy, dywany, ale znajdowali także narkotyki oraz broń.
Ta historia mogłaby być interesującą, gdyby działo się tutaj coś więcej. Przez 90 minut, widzimy ciągle to samo. Wypad „na zakupy”, rozbijanie się po knajpach, szpan i znów nocne eskapady. A tak naprawdę gdyby to nie były domy gwiazd, to pewnie nikt by nawet nie nagłośnił tej sprawy. Bo po co? Dzieciaki by zgarnęła policja, sąd by osądził i koniec. Przez to jednak, że zabrali się za celebrytów, sami stali się gwiazdami i mieli swoje pięć minut. Tylko czy było warto?
Pani Coppola nie stworzyła niczego wyjątkowego, na dodatek ten obraz jest cholernie irytujący. Irytują dzieciaki i ich pozerstwo, wkurza to, że gwiazdy czują się tak pewnie, że nie pilnują swojego dobytku, denerwuje też ignorancja rodziców, którzy mają gdzieś, co się dzieje z ich pociechami. Nawet napisy początkowe mają odrzucającą czcionkę.
W ostatnim czasie dwoje znanych reżyserów zabrało się za opowieści napisane przez życie. Jedno z nich to opisywany “Bling Ring”, a drugie to “Pain & Gain“ wyreżyserowany przez Michaela Bay’a. W tej walce to on wychodzi zwycięską ręką, nie oznacza to, że jego dzieło było wybitne. Po prostu jest lepiej zagrane i złożone.
