ON:

Chyba największym dziełem Darrena Aranofsky’ego było dla mnie „Reqiuem dla snu”. Widziałem ten film raz, ale ponieważ zmiażdżył mnie i moją psychikę, raczej do niego nie wrócę. Muszę przyznać, że wszystko co nam zaserwował w tym obrazie, było dramatyczną, gorzką etiudą, w której scenariusz został wspaniale oddany poprzez grę aktorów oraz muzykę Kronos Quartet. Nic, co późnej wyszło spod jego ręki, nie zryło mi tak bardzo głowy. Niestety „Źródło” było przekombinowane, „Zapaśnik” pokazał, że „Miki Rurka”, mimo swojego botoksu i nałogów, może wrócić do kariery kinowej, ale sama historia nie była wyjątkowo zaskakująca. Z Aranofskim jest jeden mały problem. Jak widziałeś już jego jeden film, to widziałeś wszystkie. Ma on swój styl i manierę, która powoduje, że po pierwszym seansie nie znajdziesz w jego filmach nic, co mogłoby cię ponownie zaskoczyć.

Podobnie jest z jego ostatnim dziełem – „Czarnym łabędziem”, którego największym błędem jest przewidywalność. Darren lubi skupiać się na problemach ludzkich umysłów, na naszych słabościach i podnietach, stara się sfabularyzować to, co siedzi w naszych głowach. Tak było w przypadku Maxa Cohena z Pi, czy żyjącej w narkotykowym świecie Sary Goldfarb, starszej pani z „Requiem dla snu”. Podobnie ma się sprawa z Niną Seyers, główną bohaterką „Łabędzia”. Młoda dziewczyna poświęca całe swoje życie jednej wielkiej pasji jaką jest taniec w balecie. Marzeniem jest zagrać główną rolę w „Jeziorze łabędzim”. Tylko osoba będąca perfekcyjnym wcieleniem „dobra i zła” będzie potrafiła idealnie odtańczyć tą rolę. Tancerka przez swoje wychowanie, klosz pod jakim żyje (to wina przewrażliwionej, lekko pierdolniętej matki), jest jak maleńka niewinna dziewczynka. Nawet jej pokój to miejsce dla dziewczynki, cały wypełniony zabawkami i pluszakami. Chęć spełnienia marzeń zaczyna powodować w dziewczynie pewną metamorfozę. Zaczyna wychodzić z niej jej mroczna natura, osobowość, która skrywana pod przykrywką przez wiele lat, stała się wręcz demoniczna. Najciekawsze jest to, że nie do końca wiadomo, które sceny są wytworem jej psychiki, a które dzieją się naprawdę. To jeden z plusów, bo dzięki temu finał może być jeszcze bardziej zaskakujący.  Nie zmienia to faktu, że mamy kalkę z poprzednich filmów Aranofsky’ego.

Wizualna i dźwiękowa strona filmu jest naprawdę bardzo dobra. Nie ma się do czego przyczepić, tutaj reżyser zadbał o każdy drobny szczegół. „Naturalistyczne” elementy są czasem, aż za nadto naturalne, a lesbijska scena miłości pomiędzy Natalie Portman a Milą Kunis nie jest taka hardcorowa jak wszyscy mówili. Po prostu takie zwykłe lizanko. Jak ktoś chce pornole to polecam jakieś XXX, a nie ambitne kino od Darena.

Podsumowując jeśli kiedykolwiek widzieliście jakiś inny film reżysera „Czarnego łabędzia”, to na pewno będziecie wiedzieli jakiego finału się spodziewać. Dla osób nie znających kina Aranofsky’ego może być to ciekawa wycieczka w głąb ludzkiej psychiki. Niestety jak wspominałem wcześniej  jest to film na jeden raz.

ONA:

„Black swan” to film tak zdrowo pieprznięty, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Jest genialny, ale przyznam niechętnie, że na jeden raz. To tak jak z „Fight club” czy z „The Sixth sense” – tajemnica na końcu miażdży. I o ile film z Nortonem i Pittem jest dla mnie klasyką z TOP10, tak historia baletnicy po drugim i kolejnym obejrzeniu zaczyna irytować.

Historia balansuje na krawędzi obłędu i absurdu. Nina jest baletnicą, dodam, że niezwykle ambitną, która dąży do tego, by złapać w końcu swoje pięć minut, by to jej twarz widniała na plakatach, by to o niej mówili „gwiazda”. Chce grać pierwsze skrzypce. Ćwiczy do utraty sił, a jej despotyczna matka (tancerka, której się nie udało) próbuje ją na siłę zmuszać, by szła ścieżką, która dla niej wybrała. A teraz ma ku temu okazję, bowiem jej balet ma wystawić nową sztukę, murowany hit, czyli „Jezioro łabędzie”. Reżyser, Thomas Leroy, chce zrobić z dzieła Czajkowskiego mroczną i bardzo emocjonalną historię. Decyduje się zamienić dotychczasową gwiazdę baletu, Beth – nowym mięskiem. I szuka. Nina wie, że to moment, w którym powinna pokazać na co ją stać. Ale pokazuje, że tylko w połowie nadaje się na primabalerinę. Delikatna i niewinna biała łabędzica wychodzi jej rewelacyjnie. Nina jest perfekcjonistką, dlatego każdy jej ruch jest dokładnie wyreżyserowany. I właśnie tu jest problem. Nie daje sobie luzu i spontaniczności, nie ma w niej zmysłowości i uwodzenia – słowem średnio nadaje się na czarną łabędzicę. Do tej roli idealnie pasuje Lily, ale niestety, koncepcja reżysera zakłada, że obie postacie gra jedna osoba. Któraś musi odpaść… I tu zaczyna się dziwna relacja pomiędzy bohaterkami. Pamiętam, że oglądając ten film po raz pierwszy stwierdziłam, że czeka mnie kolejna banalna historia z dwoma dupami, które ze sobą walczą i do celu idą po trupach (i przez kolejne łóżka), a tu całkiem miłe zaskoczenie.

Film pokazuje dualizm świata w ciałach dwóch pięknych kobiet. Perfekcyjna Natalie Portman i zmysłowa Mila Kunis. Dobro i niewinność, ale z niezwykłą determinacją, kontra zmysłowość, hedonizm ubrany w idealne ciało. A we wszystkim miesza jeszcze Leroy, który najchętniej miałby w łóżku obie swoje podopieczne. Na raz. Ciągle mamy wrażenie, że Lily to ta, która knuje, która chce wygryźć Ninę i zabrać jej wszystkie marzenia. Ale gdy film zaczyna się rozkręcać widzimy, że nasza droga niewinna ma zdrowo zrytą banię, do czego bezpośredni wkład włożyła jej mamusia. Nina ma pokój wypełniony różem i pluszem. Nawet majtki ma dziewczęce. Mama obcina jej paznokcie i śpi obok, gdy jej córka ma gorszy czas. Patologiczna więź, bez dwóch zdań. Ale wiadomo – mamy chcą dla dziecka najlepiej. Słowo, które zdaje się scalać cały film i wszystkich bohaterów to „obsesja”. Obłęd miesza się z geniuszem, pasja z kurestwem. Cały świat Niny kręci się wokół tańca. Wszystko temu podporządkowała. Jej ciało staje się machiną, która ma zapewnić jej sukces, na który przecież tak długo czeka i pracuje. Poddaje się morderczym treningom, je pół grejpfruta i jajko w koszulce, nie ma zupełnie życia prywatnego. Tylko taniec. Taniec i terroryzująca matka. Lily natomiast popełnia błędy, ale żyje. Baluje, tańczy, uwodzi. Z każdego fragmentu jej ciała wypływają feromony, które zawracają w głowie facetom, ale jak się okaże – również niewinnym kobietkom. Lily nie patrzy za siebie. Działa tu i teraz, bez analiz co z tego będzie. Która wygra?

„Czarny łabędź”  zauroczył mnie przy pierwszym seansie. Wszystko, zaczynając od rzeczy stosunkowo błahych, jak kostiumy, zdjęcia, dialogi, a skończywszy na muzyce i na genialnej roli Portman. Tak, to film jednej aktorki, mimo, że role drugoplanowe również są całkiem nieźle wykonane, bo zarówno Mila Kunis, jak i Vincent Cassel zagrali rewelacyjnie. Ale to Portman już rok przed rozpoczęciem zdjęć zaczynała naukę baletu. To ona poddała się przyspieszonej metamorfozie, która zrzuciła z niej prawie 10 kg i wyprostowała ją do granic możliwości. Owszem, miała dublerki, ale wyłącznie w scenach, które byłyby dla laika niemożliwe do wykonania. W blisko 80% scen „baletowych” widzimy Portman, co mi imponuje szalenie. Ale ustalmy coś – to jest jej życiowa rola i z pewnością była świadoma tego. Wyskoczyła w 1994 roku w „Leonie Zawodowcu” a potem było zupełnie przeciętnie. Ja ją kojarzę z „Marsjanie atakują”, gdzie miała durnowaty epizodzik, potem z sagi „Gwiezdnych wojen”, gdzie było tak sobie. Jej rola w „V jak vendetta” jakoś wybitnie w pamięć nie zapada, podobnie jak i w „Kochanicach króla”, zatem trudno dziwić się, że postawiła wszystko, grając w „Czarnym łabędziu”. Do Oscara była nominowana razem z Anette Bening, Nicole Kidman, Jennifer Lawrence i Michelle Williams. I co? Zdeklasowała rywalki.

Jeszcze słowo o muzyce. Clint Mansell, który jest ofiarą własnego geniuszu, w postaci muzyki z „Requiem dla snu”, które leci w każdej windzie, u każdego dentysty i w każdym talent show, zrobił coś niemożliwego. Jego zadaniem było nie tylko dobranie i stworzenie muzyki pod sceny „baletowe”, ale przede wszystkim musiał oddawać dwoistą naturę filmu. A wszystko to musiało być spójne i tworzyć jeden, zgrabny twór. I to wszystko mamy. Mamy klasykę w postaci utworów Czajkowskiego, mamy muzykę, która oddaje wszystkie emocje, które pojawiają się w filmie. Jest intryga, jest pasja, ale i rywalizacja. Jest napięcie seksualne i spełnienie. Ktoś mógłby pomyśleć, że zderzenie się z jednym z najbardziej znanych utworów klasycznych, wyjdzie mu prędzej bokiem, niż dobrze. Ale tak się nie stało. O ile film przy kolejnym odtworzeniu zupełnie nie zaskakuje, to muzyka owszem. Jej wielowymiarowość działa na zmysły w sposób niebywale ekscytujący.

Niemniej, filmy Aronofsky’ego ryją banię tylko za pierwszym razem. Film ważny, obowiązkowy. No i jest tam lesbijski seks, więc do obejrzenia nawet przez facetów.