Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Everest

ONA:

Najlepsze scenariusze pisze życie. Będę tej teorii bronić do końca moich dni. To w nich jest autentyzm, są prawdziwe emocje, są charakterni bohaterowie i ich wybory. Nawet najpiękniejsza, ale zmyślona historia, będzie pozbawiona tej iskry, która wywoła lawinę uczuć. Niech nawet tylko fragmenty dzieł są oparte na faktach – ale to wystarczy. To od razu widać, czuć. To z miejsca wpada w pamięć. I niezależnie od fabuły, czy to historia muzyka, sportowca, króla, czy zupełnie nikogo – zawsze chcesz po filmie powiedzieć, że życie jest piękne. Po prostu.

Jestem świeżo po seansie dzieła Baltasara Kormákura pt. „Everest” i jestem autentycznie zachwycona tą produkcją. Absolutnie nie dziwi mnie to, że kino było wypełnione po brzegi. Po wakacyjnych bzdurkach dobrze jest obejrzeć coś tak mocnego, intensywnego i poruszającego.

Czasami myślę, że wspinam się dlatego, aby przekonać się,
jak droga jest mi nasza szara codzienność.
Wracając poznaję, jak smakuje kubek gorącej herbaty po dniach pragnienia,
sen po wielu nieprzespanych nocach, spotkanie z przyjaciółmi po długiej samotności,
cisza po godzinach przeżytych w przeraźliwej wichurze.
Wanda Rutkiewicz.

Jak łatwo można się domyśleć, film opowiada o Szczycie Ziemi, najwyższej górze, której zdobycie stało się marzeniem i celem niejednego. Dach Świata, Czomolungma, czyli Bogini Matka Śniegu. Wielu się w niej zakochało. Wielu też zostawiło tam swoje życie. Mimo ogromu zagrożeń oraz tego, że w którymś momencie wspinaczki organizm zaczyna umierać, ciągle jest celem. Film, o którym dziś napiszemy, dotyczy tragicznych wydarzeń z maja 1996 roku, kiedy to Everest postanowił zatrzymać przy sobie kilka istnień. Czy Naturze się to udało? W jej obliczu jesteśmy nikim, ale przecież warto próbować ją zdobyć…

Rob Hall, nowozelandzki himalaista, wspiął się na Everest tyle razy, że wydawać by się mogło, że zna tego potwora jak własną kieszeń. Zaczął organizować komercyjne wyjazdy właśnie po to, by zdobyć Szczyt Świata. Kochał to. Swoich podopiecznych otaczał matczyną wręcz troską, dbając nie tylko o dobre wejście, ale i o dobre zejście. Potencjał w zdobywaniu Everestu zauważyło więcej osób i w tych feralnych dniach górę próbowało zdobyć kilka eskapad. Utrudnienia, opóźnienia, tłum, tłok. Wyobrażacie sobie? Tłok na najwyższym szczycie na Ziemi! Ale tak właśnie było. Wszystkim zależało, by wbić się w tzw. „okno”, które mniej więcej „gwarantowało” dobre warunki. Dobre warunki, tia. Warunki, które pozwalają na przeżycie te prawie 9 kilometrów nad poziomem morza. Wreszcie nadszedł ten dzień.

Błagam Was, nie czytajcie niczego więcej o tej historii. Tyle Wam wystarczy. Chłonięcie jej, a nie „spoilerowanie” sprawi, że pod koniec uronicie łzę. Ta opowieść jest po prostu piękna. Mnie nigdy nie ciągnęło w góry, mimo, że od urodzenia mieszkam u ich podnóży. Nie widziałam w tym fascynacji, nie rozumiałam tego. Ale po seansie jestem w stanie pojąć, że dla niektórych jest to sens, cel, który chcą zrealizować z pełną świadomością, że coś może się nie udać. W kinie będzie na Was czekać piękna historia o poświęceniu, która jest bardzo subtelna, bardzo powoli się rozkręca, ale czujesz, że coś się stanie. Przecież w innym wypadku nie nakręciliby o niej filmu. Pytanie brzmi: kto zostanie, kto zejdzie, od kogo rodzina otrzyma telefon, komu się uda zrealizować swoje marzenie. A poza tym, zrobiony jest po prostu spektakularnie. Siedzisz sobie w wygodnym fotelu, a i tak czujesz dyskomfort, bo to, co widzisz na ekranie, jest jednocześnie zachwycające i przerażające. Wiatr, którego siły nie jesteś w stanie poczuć. Mróz, który sprawia, że fiksują urządzenia, a co dopiero organizm. Tlen, który jest życiem w butli. I ta pieprzona ambicja. Ambicja, która mobilizuje i pcha do przodu. Szkoda tylko, że czasami zakrywa racjonalne myślenie. Hej, bo przecież jesteś już na 8 tysiącach metrów, może nawet wyżej. Przecież dojdziesz tyle. To kawałek. Jesteś wykończony, ciało odmawia posłuszeństwa, ale musisz. Musisz!

Ten film warto obejrzeć z wielu powodów. Jest świetnie nakręcony, ma bardzo fajną obsadę, wciąga. Piękna, mądra produkcja. Piękna historia. Warto obejrzeć na dużym ekranie. Podejrzewam, że skuszę się raz jeszcze, by zobaczyć go w kinie.

ON:

„Everest” rozpoczyna się odrobiną historii. Kilka faktów, które przedstawiają scenarzyści, ma nam pokazać, jak zabójczym tworem jest Matka Natura. Człowiek od zawsze chciał pokonywać wszelkiego rodzaju bariery i przeszkody. Chcemy sobie udowodnić, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych i że to my jesteśmy panami wszechświata. Ktoś kiedyś powiedział, że natura poradzi sobie bez człowieka, ale on bez nie nie da rady. Dużo w tym prawdy, bardzo dużo.

Rob Hall to himalaista, który zasłynął z tego, iż wprowadzał „wycieczki” na szczyt Everestu. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tak było. Ponieważ znał się na swojej robocie jak nikt, dość szybko pojawiły się osoby, które mogły pozwolić sobie na zapłacenie ciężkiej kasy za tego rodzaju trip. 1996 rok był dla niego ostatnim. Wtedy to po raz ostatni wszedł na szczyt ośmiotysięcznika. Relacja z wydarzeń, które rozegrały się w maju 1996 roku na tej górze, pojawiły się później w formie książki, którą napisał Jon Krakauer. To jeden z mężczyzn, który był wtedy na ekspedycji.

Reżyser Baltasar Kormakur opowiedział tę historię w bardzo zimny i surowy sposób. „Everest” to kino z pogranicza filmu katastroficznego i przygodowego. Wszystko jednak sunie swoim dość powolnym tempem. Nie ma to wpływu na odbiór obrazu. Nie zaznamy tutaj dłużyzn i przestojów. Każda scena wydaje się przemyślana i ważna. I tak trochę jest. To, co wydarzyło się na górze, w 1996, pewnie nadal pozostaje w pamięci tych, którzy przeżyli. Już sam film potrafi przyprawić nas o dreszcze, a co dopiero musiały czuć osoby, które wchodziły wtedy na Everest.

W filmie Kormakura natura jest głównym bohaterem. Grupa himalaistów to tylko robaczki na wielkiej skale, której humory znają chyba najstarsi mieszkańcy tych rejonów. W dwudziestym wieku pojawiają się siły, z którymi nie daje sobie rady tak zaawansowany technologicznie człowiek. Ekipa dostaje wycisk. Wykańcza ją klimat, pogoda, temperatura. Najgorsze jest to, że podróżnicy stają przed wrogiem, którego nie można pokonać. Na tych wysokościach to człowiek jest najeźdźcą i to on musi się bronić.

„Everest” ogląda się z zapartym tchem. To film o ludziach i granicach, które chcą oni pokonać. Nie zawsze się im to udaje. Everest to także hołd dla poległych i przestroga dla innych. Wszystko z pięknymi zdjęciami, niesamowitymi kadrami i efektami dźwiękowymi. Film, który warto zobaczyć w kinie.