ON:

Jakiś  czas temu w rodzimych sklepach pojawiła się specyficzna seria filmów na DVD zatytułowana „Przeboje Polskiego Kina”. Zawierała produkcje, które pamiętali nasi rodzice, ale i te, na których wychowało się pokolenie lat 80-tych. Paki składały się przeważnie z kilku płyt z całymi kolekcjami, a jednym z nich był zbiór trzech krążków z przygodami„Pana Kleksa”.

Każdy, kto urodził się w latach 90-tych i później, może mieć problem z identyfikacją postaci charyzmatycznego nauczyciela z krainy fantazji. Dzieło to miało premierę w 1984 roku i w ciągu 12 miesięcy od premiery przyciągnęło przed ekrany ponad 14 milionów młodocianych widzów. To wynik ogromny, którego mogą zazdrościć nawet współczesne produkcje. Moja pierwsza wizyta w „Akademii Pana Kleksa” odbyła się w wieku sześciu lat i na zawsze pozostała w pamięci. Kilka lat później zawitałem w niej ponownie, tym razem za sprawą książki Jana Brzechwy pod tym samym tytułem. W późniejszych latach pojawiły się „Podróże Pana Kleksa” oraz „Pan Kleks w Kosmosie”, które zgrabnie kontynuowały opowieść o Ambrożym K.

Jak na ówczesne czasy, efekty specjalne potrafiły wzbudzić trwogę w takim szkrabie jak ja. Do tej pory pamiętam przerażające wilki, szpaka Mateusza, czy piosenkę Zdzisławy Sośnickiej „Pożegnanie z Bajką”. To były czasy, kiedy codzienność była szara, brudny śnieg leżał na ulicach, po których pomykali zawinięci w szare ubrania szarzy ludzie, a po piętach dreptali im agenci bezpieki. Puste sklepy i gówniana muzyka, sącząca się z radia, to ówczesne dzieciństwo. Dla dzieciaków takich jak ja „Akademia Pana Kleksa” była oderwaniem się od śmierdzącego gówna codzienności. Tam młodzi jadli potrawkę z olbrzymiej kaczki, w nagrodę dostawali błyszczące piegi, a na deser można było dostać wszystkie słodycze świata.

Adaś Niezgódka był postacią, którą chciał być każdy. Przypadkowo trafia do Akademii i zaczyna przeżywać przygody, których nigdy byśmy nie uświadczyli. Dla nas zabawą była kolejka społeczna za pralką lub nocne biwakowanie pod Społem, aby rano dostać kawałek kiełbasy. Dla kilkulatka przygody Adasia i Pana Kleksa były bajeczne, fantastyczne i realne. W naszych głowach przeżywaliśmy je ponownie, raz za razem. Pierwsza część wesoła i mistyczna, kolorowa, pełna odniesień do bajek i literatury, przeobraża się w pewnym momencie w straszne, apokaliptyczne wręcz dzieło. Przerażająca postać Golarza Filipa (fantastyczny Leon Niemczyk) była i tak niczym, w porównaniu z demoniczym Adolfem, którego sztuczne/prawdziwe serce biło strasznym rytmem. Szczerze: bałem się tej dwójki i do dziś pamiętam kilka scen, które wyryły się w moim sześcioletnim mózgu.

Gdy teraz rozkładam sobie na części pierwsze to dzieło, to znajduję w nim całą masę odniesień do ówczesnej sytuacji politycznej i społecznej. Nawet jeśli nie były one zamierzone, to jednak sprawne oko po wielu latach wychwyci drobiazgi. Jednak dziecko, którym byłem, nie miało możliwości zwrócenia na to uwagi.

Brzechwa, na którym bazował Krzystof Gradowski, stworzył postać barwną i intrygującą, ale dopiero Piotr Fronczewski tchnął w nią prawdziwe życie. Z jednej strony ciepły i wesoły, potrafiący przyciągnąć do siebie grupę chłopców, z drugiej pełen werwy, gdy staje w oko w oko ze swoim największym wrogiem.

Smutnym jest to, jak bardzo zmieniły się czasy. Gdy ja obejrzałem pierwszy raz „Akademię Pana Kleksa”, to nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że jakiś kolo po 30-tce ma w swojej uczelni grupę zapatrzonych w niego chłopców, którzy wręcz jedli mu z ręki. Teraz opowieść taka spotkałaby się z krytyką i podejrzeniami o pedofilie. Szkoda, bowiem „Pan Kleks” to klasyka, to dzieciństwo i młodość wielu z nas, którzy w szkole za stalowym ogrodzeniem znajdowali chwilę szczęścia, oderwania się od szarości, od pozostałości po stanie wojennym.

Dla mnie sentymentalna podróż do ’86 roku.