ONA:
Mam listę filmów, które polecili mi moi znajomi, zaznaczając, że są dobre, inne, wyjątkowe, godne polecenia. I jak już przeszło i nieco oglądanie tego, co zrobił Bay, co ma w sobie superbohatera albo co jest filmem biograficznym, stwierdziłam, że czas zacząć odhaczać filmy rekomendowane. Na pierwszy rzut poszedł „Everybody’s Fine” Kirka Jonesa.
Dramat obyczajowy – nigdy nie wiem, czy ma mnie to zachęcić, czy zniechęcić do oglądania. W rolach głównych Robert de Niro, Drew Barrymore i Kate Beckinsale (z tych, których kojarzę mniej więcej). Cała historia kręci się wokół Franka i jego dorosłych dzieci. Frank niedawno owdowiał. Został sam z domowymi obowiązkami. Za wszelką cenę chce utrzymać kontakt ze swoimi dziećmi, które rozsiały się po całych Stanach. Do tej pory robiła to za niego jego żona. Z wszystkimi problemami dzieciaki uderzały do rodzicielki, ona znała ich tajemnice, porażki, tato znał tylko sukcesy i powody do radości i pochwały. Dlaczego? Zawsze stawiał im ogromne wymagania, które czasami były dla dzieci zbyt wysokie. I tak mijały lata… Amy ma syna i męża. Ma też piękny dom, dobrze prosperującą pracę i idealne włosy. Rosie tańczy, ma główne role, wszyscy ją podziwiają. Robert zajmuje się muzyką – dyryguje orkiestrą, która robi oszałamiającą karierę. A David jest artystą. Artystą, nie malarzem. Malarze malują ściany, po których potem sikają psy. Jego prace wiszą w galeriach. Wydawać by się mogło, że cały kwartet ma się wręcz idealnie. A jednak. Frank zaprasza całą swoją gromadkę do siebie. I w ciągu jednego dnia dostaje kolejne wiadomości, że dzieci się nie pojawią, bo coś tam. Tatko postanawia zrobić 4 niespodzianki. Wyrusza więc w trasę po Stanach, a że ze względów zdrowotnych nie może latać samolotem, wybiera wolniejszy sposób podróżowania, czyli pociągowo-drogowy. Najpierw odwiedza Davida w Nowym Jorku. Niestety, nie zastaje go. Wsuwa mu pod drzwi kopertę i jedzie dalej, do Amy. Tam zauważa, że coś się dzieje niedobrego. Ale nie mówiąc nic, po krótkiej wizycie obiera kolejny kierunek – do Roberta. Tam po raz kolejny wizyta wygląda na zasadzie „odbębnienia”. Może u Rosie będzie inaczej? I co do cholery dzieje się z Davidem?
Film kończy się w słodko-gorzki sposób, bo mamy i szpital, i chorobę. Mamy też romans i rozwód w tle, mamy byle jaką pracę, a nie plakaty i fanfary, mamy też dziecko, o którym Frank nie wiedział i homoseksualne skłonności. Mamy też śmierć.
Oglądając go nie sposób nie zauważy, że jest przegadany. Od początku wiemy, że coś wisi w powietrzu, że zaraz coś gruchnie, ale nie wiemy co. Faktycznie, jest dramatem. Bohaterowie są uwikłani w dziwne układy, chcą pokazać ich idealne na pozór życie, które bywa puste, smutne. Ale za wszelką cenę chcą udowodnić ojcu, że są kimś. Że jego pieniądze, ciężko zarobione w fabryce, że jego zdrowie, które zostało przez to zeżarte, nie poszło na marne. Więc udają. Ale tata ich rozszyfrował…
Film jest smutny, ciężki, nie obejrzę go po raz drugi, bo nie mam zamiaru dołować się po raz kolejny. Jest ładny, jest ładnie zrobiony, a aktorzy grają bardzo dobrze. Co z tego. Beczałam, a beczeć na filmach nie lubię, bo Dave się wtedy ze mnie śmieje, że tylko zgrywam taką twardzielkę, a w środku okazuje się, że jestem miękkim marshmallowem.
ON:
Nie przepadam za kinem obyczajowym, a dokładnie za dramatami i melodramatami. Wystarczająco beznadziejne jest życie codzienne, a katowanie się czyimiś problemami, nie wychodzi wcale na dobre. Czasami jednak, po takim seansie, możemy zdać sobie sprawę z tego, że nasze życie nie jest takie złe. Paulinka kilka dni temu dostała listę filmów od swoich znajomych, listę na której znalazły się tytuły warte obejrzenia. Po sprawdzeniu każdego z nich okazało się, że to same dramaty i jeśli chcemy je zrecenzować, trzeba będzie uzbroić się w dużą dawkę pozytywnej energii. W innym razie będziemy się tylko dołować, co nie jest wskazane.
Pierwszy wybór padł na „Everybody’s Fine”, 100-u minutowe kino drogi zaczynające się bardzo niepozornie, ta niepozorność towarzyszy nam przez cały czas, aby doprowadzić nas do finału. To historia jednego człowieka, wdowca, który postanawia odwiedzić niespodziewanie czwórkę swoich dzieci. Frank, bo tak ma na imię główny bohater, nie potrafi sobie poradzić z „odejściem” żony, samotnie snuje się po domu, robi zakupy, ogarnia ogród. Przygotowuje wszystko na odwiedziny swoich pociech, niestety w ostatniej chwili każde z nich odwołuje zapowiedziany przyjazd. Samotność starych ludzi potrafi być przerażająca. Postanawia więc zrobić trip przez Stany i porozmawiać z każdą z dorosłych pociech. Przed wyjazdem odwiedza jeszcze lekarza prowadzącego go od lat, okazuje się bowiem, że jego praca przy pokrywaniu kabli telefonicznych substancją zabezpieczającą, dała mu ślicznego włókniaka płuc. Mimo sprzeciwu doktora postanawia podjąć ryzyko i wybrać się w ciągnącą się przez wiele mil podróż. Najpierw autobus do Nowego Yorku, w planach także Chicago i Las Vegas. Od początku Frankowi towarzyszą przewody telefoniczne, które są przy każdej drodze, przy każdej trasie kolejowej. Widzimy tak naprawdę wyścig środków lokomocji z technologią wymyśloną przez pana Bella. Frank jedzie pociągiem, a my słyszymy w tle telefoniczne rozmowy nieznajomych, a czasem dzieci naszego bohatera. Historia ma gorzki smak, gdyż każde z dorosłych już dzieci nie jest tym, za kogo się podaje: David gdzieś zaginął, pozostał po nim tylko obraz w galerii, Robert nie jest dyrygentem, ale zwykłym bębniarzem w filharmonii, małżeństwo Amy się rozpadło, a Rosie ma nieślubne dziecko i lesbijską kochankę. Oczywiście ,każde z nich swój sekret skrupulatnie stara się ukryć przed ojcem, ale mimo tych przykrywek mężczyzna rozgryza ich. Ostatecznie podróż kończy się w szpitalu, w którym na wskutek zawału ląduje Frank, tutaj także dochodzi do ostatecznej konfrontacji pomiędzy ojcem i jego dziećmi.
To bardzo spokojne kino, mimo że za każdym razem wydaje nam się, że stanie się coś złego. Ta historia, aż prosi się o ten dodatkowy element grozy. Dostajemy kino opowiadające o problemach rodziny, oczekiwaniach jakie mamy w stosunku do dzieci, o kłamstwach i tajemnicach, o małych brudach, które lepiej trzymać dla siebie. Po co ranić i denerwować bliskich? To historia o tym, że dopiero podróż przez wiele kilometrów, pomoże nam uświadomić sobie pewne rzeczy. Film ma bardzo wysokie oceny, na pewno jest to zasługa dobrej realizacji oraz gry aktorów, warto jednak pamiętać, że oceny te wystawią wielbiciele dramatów obyczajowych. Mnie film jednak trochę zmęczył. Może nie był to mój dzień? Jeśli ktoś jednak lubi takie kino to na pewno jest to „Everybody’s fine” jest dla niego.
