ON:

Jak myślę Grabaż, to pierwszą rzeczą jaka przychodzi mi do głowy to „Ezoteryczny Poznań, miastem rządzi mafia”. Jeśli ktoś powie „Strachy na lachy”, od razu w głowie otwiera się szufladka, z której wypływa „Statek piła tango” oraz genialny „Pogrzeb króla”. Poza tym, to grafomania, która czasem funkcjonuje jako wiersze. Nie jest to poziom grafomani serwowanej przez COMĘ, ale nadal jest „dobrze”. Jednak specyficzny klimat płyt, pomieszanie gatunków, recytacja Grabaża, to mieszanka, która spowodowała, że kilka lat temu płyty SNL zaczęły pojawiać się na mojej półce.

Ogromnie ucieszyłem się, że w naszym Strumieniu 12 października zagra Grabaż z ekipą, czyli Strachami. Troszkę obawiałem się maleńkiej auli w miejskim gimnazjum, w którym miał się odbyć koncert. To miejsce na kameralnego Badacha nadawało się idealnie, zastanawiałem się jednak jak poradzi sobie z gitarami, perkusją i bardziej skocznymi dźwiękami. Okazało się, że dobry dźwiękowiec potrafi nawet z klitki zrobić całkiem niezłą halę. Nie jest to poziom światowy, ale przyznać trzeba, że było nieźle. Kolejna sprawa to fani. Spodziewałem się niskiej średniej wieku i się nie pomyliłem. Wiem, że kilkanaście lat temu też taki byłem. Walnąć winko przed koncertem KUKIZA , a później skakać jak głupi, aż do porzygania. Tak czy inaczej, po wejściu na salę otoczeni zostaliśmy nastoletnimi pankówami i im podobnymi tworami, którzy są przecież tak zbuntowani, bo wracając w nocy drą ryje śpiewając o „kraju, który chce ich zrobić w chuja”. Ale nie zapomniał wół jak cielęciem był.

Koncert miał zacząć się o 20:00, okazało się, że jest mały poślizg i tak naprawdę panowie wystartowali piętnaście minut później. Pierwsza piosenka i od razu chyba najbardziej znany kawałek grupy „Dzień dobry, kocham Cię”  -szybkie. skoczne, głośne. Kawałek o miłości i związku, z tekstem banalnym, wręcz prostackim, który wpadł w ucho wielkiej grupie osób, nawet tym, którzy zespołu nie znają. Kolejnym utworem był „Awangarda Jazz i podziemie”, kawałek pamiętający jeszcze chyba lata 90te, który doczekał się swojej drugiej młodości. Po tych dwóch utworach grupa zaszczyciła nas czymś nowym, a mianowicie piosenką „Gorsi”, mającej znaleźć się na nowym krążku. Jego premiera ma się odbyć na początku 2013 roku. Po tym kawałku oraz po dwóch innych, jakie pojawiły się podczas koncertu: „Blady Tomek” oraz „I can’t get no gratisfaction”, myślę, że warto na nią czekać. Następnie SNL zagrali dynamiczne, nawet bardzo dynamiczne „Ostatki – nie widzisz stawki” oraz dużo szybszą, niż znaną z płyty “Piła tango” wersję „Listu do Che”. Dużą niespodzianką mogła być piosenka „Po prostu pastelowe”, od bardzo dawna nie pojawiająca się na koncertach, a do której teledysk pamiętamy z Legowej historii. Oczywiście, nie mogło zabraknąć ukłonu dla Jacka Kaczmarskiego i zespół zaśpiewał nam „A my nie chcemy uciekać stąd”, w genialnej, rytmicznej, szybkiej, a pod koniec instrumentalnej aranżacji oraz „Siedzimy tu przez nieporozumienie”. Ta piosenka została dodatkowo zobrazowana scenką rodzajową. Wiadomo były zagrane także hity takie jak „Czarny chleb i czarna kawa”, „Raissa”, czy „Twoje oczy lubią mnie”. Każdy więc dostał to, na co czekał. Po godzinie nastąpiła mała przerwa, po której zespół wyszedł raz jeszcze na scenę i dał czadu w bisie składającym sie z czterech kawałkach. Wieczór i koncert zakończył się oczekiwanym przeze mnie utworem „Piła tango”.

Po koncercie na wytrwałych czekała nagroda w postaci spotkania z zespołem. Autografy, zdjęcia i krótkie rozmowy były dodatkowym bonusem jaki zaserwowała grupa. Trzeba przyznać, że młodzież ma siłę i skakała praktycznie przez ponad 90 minut grania, co w moim wieku już by chyba nie przeszło. Uważam, że był to bardzo zgrabny koncert, który przez wielkość sali, wydawał się kameralną garażówką, co idealnie pasuje do klimatu jaki otrzymujemy od Strachów.

ONA:

Nie za bardzo podchodzi mi klimat SNL, ale ten koncert organizowała „moja” firma, plus Dave obiecał mi zakupy w nagrodę, więc poszłam. Jako, że znam 4 kawałki zespołu, przy czym, w większości przypadków mogę mówić jedynie o „osłuchaniu” się z tymi piosenkami, ciężko oceniać mi zawartość merytoryczną. Ukochany gibał się nieśmiało, chyba nawet coś śpiewał. Było całkiem miło i przyjemnie. Zespół ma niesamowitą energię, którą łechta podskakującą publikę. A aula, która do tej pory kojarzyła mi się jedynie z obozem koncentracyjnym, który serwowano mi przez 6 lat w postaci wuefu, okazała się (po raz kolejny!) świetnym miejscem do robienia kameralnych koncertów.