Dark Shadows

ON:

Ostatnio tak bardzo zachwalaliśmy Tima Burtona, że się chyba chłopak rozleniwił i podał nam historię o wampirach i innych stworach, która jest po prostu przeciętna. Jej problemem jest to, że nie do końca wiemy z jakim gatunkiem mamy do czynienia. Ponieważ reżyser pomieszał wiele różnych filmów, dostajemy słabiutką komedię z dodatkiem dramatu, filmu grozy i sensacji. Jedyne co pozostało klasyczne dla Burtona, to mroczność i baśniowość obrazu, bez nich pewnie wielu przeszło by obok dzieła obojętnie.

Film zaczyna się nudnawym wprowadzeniem, które niestety jest jak reszta filmu – nijakie. Dowiadujemy się z niego co nieco o historii rodziny Collinsów, a dokładnie o Barnabasie Collinsie i jego rodzicach. Historia rodziny, jak i chłopca, nafaszerowana jest dziwnymi wypadkami, wydającymi się zrządzeniami losu. Niestety, tak nie jest. We wszystkim maczała swoje obleśnie palce (właściwie to całkiem ładne palce) okoliczna wiedźma – Angelique Bouchard. Fanatycznie zakochana w Barnabasie, wykańczała kolejno wszystkie jego ukochane tylko po to, aby być z nim. Gdy dochodzi do sytuacji, w której jego ukochana Josette, na skutek czaru rzuconego przez wiedźmę, popełnia samobójstwo, młody mężczyzna także postanawia sobie odebrać życie. Zanim zdąży to zrobić, po raz kolejny stanie się ofiarą fanatycznej kobiety, która aby zemścić się za to, iż nie chce być z nią, zmienia go w wampira, później zaś nawołuje okoliczną hołotę aby go zlinczowała i zamknęła żywcem na wieki w stalowej trumnie. Tak Barnabas przewegetował ponad 200 lat i tylko dzikie zrządzenie losu doprowadziło do jego uwolnienia. Po małym posiłku składającym się z kilku robotników drogowych, Collins postanawia wrócić do swojej posiadłości. Na miejscu zastaje popadający w ruinę dom oraz potomków rodziny, którzy nie za bardzo dają sobie radę w obecnych czasach. Po rozmowie z Elizabeth, obecną panią domu, postanawia zamieszkać w posiadłości i przywrócić familii dawną świetność. Zapomniałem dodać, że na samym początku filmu do domu zawitała Victoria Winters, młoda osóbka, kropka w kropkę przypominająca dawną ukochaną Barnabasa – Josette. O nowym członku rodziny bardzo szybko dowiaduje się okoliczna społeczność, a dokładnie jej „głowa”, nadal żyjąca Angelique. Czarownica stawia ultimatum: albo odzyska dawnego ukochanego, albo raz na zawsze zniszczy jego rodzinę.

Ten film byłby naprawdę dobry, gdyby nie te kilka szczegółów, o których wspominałem na początku. Brak jasnego zadeklarowania do jakiej kategorii on należy, od razu powoduje, że można się lekko rozczarować. Jeśli doszukujesz się w kolejnym filmie Burtona „Soku z żuka” lub „Jeźdźca bez głowy”, to od razu mówię: darujcie sobie ten film. Znam więcej lepszych i ciekawszych historyjek niż ta, którą upichcił nam reżyser. Film tylko dla wielbicieli Tima i jego wcześniejszych dokonań. Przypadkowi widzowie mogą się bardzo zawieść.

ONA:

Kiedy zobaczyłam trailer do „Dark Shadows”, bardzo się ucieszyłam, bo:

a) Tim Burton

b) Johnny Depp

c) fabuła dziejąca się w latach 70.

I w kinie, do którego my jeździmy, wisiał może ze 2 tygodnie. Oczywiście, nie jest to kino typu „Piast” w Cieszynie, gdzie premierą tego tygodnia jest „Titanic”, tylko popularna sieciówka. Moje zdziwienie nie miało końca. Nie zdążyłam obejrzeć go na dużym ekranie i musiałam czekać na wydanie DVD stosunkowo długo. A ja czekać nie umiem.

Historia w założeniu miała być lekka, dowcipna, wykorzystująca popularny wampirzy motyw. Wyszło słabo, poważnie. Pierwsze ujęcia to mniej więcej połowa XVIII wieku, kiedy to państwo Collins wraz ze swoim synem Barnabasem (Johnny Depp), z Anglii do Ameryki, gdzie chcą osiąść. Rodzina liczyła, że w ten sposób pokona klątwę, która ich prześladowała. Mijają lata. Rodzinne interesy kwitną, a Barnabas ma wszystko to, o czym marzy każdy facet, nawet współcześnie, czyli kasę i kobiety. Niestety, lowelas wpadł we własne sidła. Cóż, było trzeba nie łamać serca czarownicy. Angeliqe (Eva Green) letko się wkurzyła i nie dość, że zamieniła kochanka w wampira, to jeszcze pochowała go żywcem. Mijają kolejne lata, kolejne dekady. Barnabas przypadkowo zostaje uwolniony z miejsca jego wiecznego pogrzebania i przeżywa lekki szok, bo okazuje się, że mamy 1972 rok. Powozy z końmi to teraz szybkie bryki, ubrania nie mają żabotów i gorsetów, a fryzury trzymają się na gargantuicznych ilościach lakieru. Przeklęte pudełka wydają z siebie dźwięki i obrazy, nie wspominając o seksie, który kipi z wszystkich porów ciała. Wampir postanawia odwiedzić swoją dawną posiadłość i ku jego zdziwieniu okazuje się, że ktoś tam mieszka. Co lepsze – mieszkają tam jego krewni. Ale Collinsowie współcześni nie tworzą zbyt przeciętnej rodziny. Od razu widać, że jedyną poukładaną jednostką jest mamuśka – Elizabeth (Michelle Pfeiffer). Jej mężuś jest delikatnie mówiąc – chujem na kaczych łapach. Jest łasy wyłącznie na kasę i walory innych kobiet. Z małżeństwem mieszka również 2 dzieciaków: nastolatka Carolyn i mały David. Jest również służba i nieźle piźnięta pani doktor, która ma zadbać o zdrowie psychiczne najmłodszego członka rodziny. Pani doktor (Helena Bonham Carter) sama kwalifikuje się do leczenia, przynajmniej odwykowego.

Wchodząc do nowej-starej rodziny, Barnabas zyskuje dość szybko sympatię, szczególnie Elizabeth. Wampir postanawia się odwdzięczyć, pomagając w odrestaurowaniu podupadającej posiadłości i w poprawieniu funkcjonowania firmy, bowiem konkurencyjna firma ich po prostu zmiotła z rynku. Cóż, ciężko się dziwić, skoro jej właścicielką jest nikt inny jak nasza urocza, pięknooka wiedźma. Byli kochankowie, aktualnie wrogowie i rywale prędzej czy później będą musieli zetrzeć się na polu walki…

I generalnie historia mogłaby być ciekawsza, gdyby nie to, że była nudna. Owszem, nie sposób olać to co widzimy fizycznie  na ekranie, bo produkcje Burtona są po prostu piękne. Gra aktorska jest również na bardzo wysokim poziomie i miło było ponownie zobaczyć Michelle w jednej z głównych ról. Depp i Helenka to klasa sama w sobie, więc w czym tkwi problem?! W nudzie… Nuda to coś, co bezczelnie wtargnęło do filmów Burtona, nad czym ubolewam przestrasznie. Z każdą kolejną produkcją łudzę się, że może to to, ale poważnie – jest słabowato. Ogromnie liczę, że jego wersja Rodziny Addamsów w 2014 urwie mi dupę.

Obejrzeć można, ale zdecydowanie trzeba utemperować oczekiwania.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad
  • Pingback: Frankenweenie – Marudzenie – recenzja gry, filmy, ksiązki, muzyka()

  • plasot

    Zabluznie ale o Burtonie mam takie samo zdanie jak o Tarantino – raz na 15 lat mozna obejzrec. Dark Shaows bylo calkiem calkiem (solidne 4) do sceny w ktorej Eva Green uwizila Deppa – na tym fil mogl sie skonczyc bo pozniej to juz jakas totalna slabizna.