ONA:

Nie wiem ile w tym przypadku, a ile podświadomego wyboru, ale po wczorajszej recenzji „Interstellar” – dziś na blogu zagości biografia jednego z największych umysłów fizycznych, który może stać obok Einsteina, Newtona, Galileusza i wielu innych. Ale od swoich wielkich poprzedników odróżnia go całkiem sporo… Jak na naukowca całkiem niezła z niego gwiazda popkultury!

Byłam słaba z fizyki. Broniłam się rękami i nogami przed tym przedmiotem i o ile do matmy umiałam się zmusić, tak do fizyki nigdy. Ten przedmiot zupełnie nie potrafił mnie zainteresować na każdym kolejnym etapie szkolnictwa, ale teraz, z perspektywy czasu wiem, że to była wyłącznie wina nauczycieli, którzy za wszelką cenę próbowali mi, tępakowi fizycznemu, wcisnąć do głowy siłą – a jakże, samą teorię i kolejne wzory/wyliczenia. Zawsze się to kończyło minus tróją, a ja byłam prze szczęśliwa, kiedy po raz ostatnie weszłam na lekcję fizyki. I paradoksalnie – ta dziedzina fascynuje mnie totalnie. Jak wkręcę się, to potrafię do 5 rano siedzieć przy komputerze i oglądać zjawiska fizyczne, czytać, analizować, mimo, że nie rozumiem 90% treści, które wchodzą mi w mózg. Ale gdybym miała wybrać boga pod jakąkolwiek postacią albo fizykę, biorę ją. Bo prędzej czy później zrozumiem na czym polega. I nie będzie to zależne wyłącznie od wiary.

Ale dość już o moich fizycznych traumach. Czas przejść do konkretów. Mało kiedy decydujemy się na recenzję filmu, który jest oparty na produkcji telewizyjnej. One po prostu giną gdzieś pod kolejnymi kinowymi dziełami. Czekając na kolejne odcinki przygód Sherlocka w ciele Benedicta Cumberbatcha, postanowiłam zerknąć na jego dorobek aktorski. I jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że ma on na koncie rolę Stephena Hawkinga! Pragnienie, żeby obejrzeć ten film, buzowało we mnie równie mocno, jak testosteron w lędźwiach nastolatka. I wreszcie spędziliśmy ze sobą wieczór. I tak, widać, że ten film jest „telewizyjny”. Po prostu nie ma w nim rozmachu. Ale to wszystko jest zupełnie nieistotne, bo fabuła potrafi wciągnąć, mimo, że jest o fizyce.

Hawkinga poznajemy w dość istotnym momencie jego życia. Nie dość, że poznaje wyjątkową dziewczynę, to jeszcze zaczyna przewód doktorski i dowiaduje się, że cierpi na stwardnienie zanikowe boczne. W jego głowie kotłuje się taka plątanina myśli i emocji, że niejedna osoba poddałaby się już na starcie. Dziewczyna sama nie wie czego chce – bo my już tak mamy. Kariera naukowa potrzebuje kopa i pomysłu, czegoś spektakularnego, co wywróci naukę do góry nogami, a lekarze też nie dają mu zbyt dużo sił i czasu. Ale on się absolutnie nie poddał. Największą tragedią jego choroby było to, że gdy zaczęła ona plądrować jego ciało, które coraz częściej odmawiało posłuszeństwa, umysł był nadal świeży, chłonny, pragnący wiedzy i odkrywania.

To film jednego aktora, dość „biedny” do tego, ale przepiękny i bardzo wzruszający. To nie jest tak, że kończysz oglądanie go usmarkany i z łzami spływającymi po plecach, ale porusza i to jest najważniejsze. Mamy tu bohatera, który walczy z nauką i sam ze sobą. Mamy tu czas w wielu płaszczyznach i wymiarach. No i mamy fizykę, która nie tylko jest fascynującą nauką, pełną tajemnic, ale która staje się sposobem na życie, na myślenie, która przenika przez nas, o czym nie zdajemy sobie nawet sprawy.