Coria, Strumień, Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury, 29 listopada 2014

Są grupą muzyków z naszych stron. Dobrze słucha się ich grania i mimo, że pod nazwą Coria debiutują, wcale nie są żółtodziobami. Dziś wywiad z zespołem, który z coraz większym powerem gości na rockowej scenie. Grali przed Guns n’ roses, przed Soundgarden i zostali zauważeni przez Metal Mind, który otoczył ich opieką. Ucieszyli się, że nie zapytaliśmy ich o to dlaczego nazwali tak zespół i skąd pomysł na taki tytuł płyty. A my ucieszyliśmy się, bo miał być wywiad, a wyszła z tego bardzo sympatyczna rozmowa. Dziś – Coria.

Dawid Marut (marudzenie.pl): Najpierw była Symetria, potem Sugarskull, teraz Coria. Panowie, czy do trzech razy sztuka?

Dominik Stypa: Pierwszy zespół grał dosyć długo, bo 7 lat. Później szukaliśmy wokalisty/wokalistki i zgłosiła się Ola Kasprzyk, ale to nie wypaliło. Odległość i prywatne sprawy okazały się problemem i projekt zakończyliśmy. Później odezwaliśmy się do Tomka. Nie robiliśmy żadnych castingów – znaleźliśmy gościa i został z nami.

DM: No właśnie, Tomku. bo Ty przecież narobiłeś sporo szumu w programie Must Be The Music (Tomek Mrozek dotarł do finału). Jak to się stało, że połączyły się Wasze drogi?

DS: Moja znajoma zauważyła Tomka, pokazała mi go. Ja go trochę kojarzyłem – pamiętam, że śpiewał piosenkę Prince’a i utkwił mi tym występem w głowie. Dostrzegłem w nim potencjał, pokazałem chłopakom z zespołu jego wykonanie „I love rock and roll”, które mu wyszło bardzo fajnie. Jest młody, ma talent, mieszka całkiem niedaleko, więc właściwie co stoi na przeszkodzie? Napisaliśmy do niego czy jest zainteresowany wspólnym graniem i tak został.

DM: Tomku, a z Twojego punktu widzenia jak to wyglądało?

Tomek Mrozek: Nie wiedziałem, że byłem przez zespół „podglądany” w programie, ja po prostu dostałem wiadomość na facebook’u od Dominika czy nie chciałbym spróbować. Miałem kilka propozycji i tą zostawiłem sobie na koniec. I ta ostatnia propozycja okazała się tą najlepszą. Przyjechałem na próbę i tak gramy do dziś.

DM: I jak Wam się ta współpraca udaje? W końcu do funkcjonującego już zespołu doszła nowa osoba. 

TM: Najbardziej obawiałem się, czy zespół zaakceptuje stylistykę, którą chciałem wprowadzić ze względu na wokal, bo jednak te 7 lat, które spędzili w Symetrii, znacznie różnią się od tego, co dzieje się teraz. Ale wszystko się spodobało. Nie mieliśmy nigdy jakiś poważnych „spin”, a do nich, jak już dochodzi, to wyłącznie podczas wnoszenia/wynoszenia sprzętu.

DM: A jakie to uczucie, dla młodego zespołu, zagrać support przed takimi gwiazdami jak Guns n’ Roses, Eric Clapton czy Soundgarden?

TM: To przeżycie jest ogromne, ale najciekawsze jest to, że ta „fala emocji” dociera do Ciebie dopiero wtedy, kiedy schodzisz z tej ogromnej sceny i zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego z kim na niej stałeś. Nie dość, że możesz posłuchać tak genialnych muzyków, to jeszcze mogłeś przed nimi zagrać.

DM: Zespół to jedno. A na co dzień czym się zajmujecie? Cała Wasza „para” i energia idzie w kapelę, czy jest inaczej?

TM: Każdy ma jakieś zajęcia, studia, pracę. Damian na przykład pracuje w McDonalds, ja pilnuję przedszkola w nocy i to wszystko jest ważne w naszym życiu, ale każdy z nas stawia zespół na pierwszym miejscu.

DS: Wszyscy tak dobraliśmy swoje zajęcia i tak ustawiliśmy życie, że możemy poświęcić się muzyce i zespołowi.

DM: Jak powstają Wasze utwory?

DS: Z tym jest różnie. Zazwyczaj to dzieje się podświadomie. Większość utworów powstaje nie w domu, tylko spontanicznie, na próbie. Nagle coś wejdzie do głowy i wtedy pada tekst do jednego kumpla „Ej, zagraj to tak…”, perkusiście „Zagraj tak” i zaczyna powstawać utwór. Później Tomek coś tam podśpiewuje „po aramejsku”, a do melodii, która wpadła mu do głowy, dopisuje tekst. Z czasem kawałek ewoluuje, nawet w samym studio się czasami go zmienia. „Syn boga” jest utworem, w którym całą, niesamowitą robotę „zrobiła” elektronika, która zupełnie zmieniła klimat utworu i teraz nie wyobrażamy sobie już grania bez tego dodatku, bo on go wypełnia.

DM: A na jakiej muzyce się wychowaliście?

TM: U mnie to było bardzo zróżnicowane, bo w dużej mierze wywodziło się to od rodziców, rodziny, tego, czego słuchali najbliżsi na imprezach, czyli w moim przypadku to były klasyki z lat 70-tych, czyli ABBA, Boney M i tak dalej, ale przewijały się też takie zespoły jak Gunsi, Metallica. Do tych miejsc muzycznych nakierował mnie wujek i w pewnym momencie życia stwierdziłem, że ok – ABBA spoko, niech sobie tam śpiewają, ale to Metallica jest bliższa mojemu sercu.

DS: U mnie wszystko zaczęło się od Metalliki. Gdy miałem te 10 lat brat przyniósł kasetę, później był koncert w Chorzowie, z Vaderem i Slipknotem, a gdy w moim życiu pojawił się Internet, dostęp do muzyki stał się praktycznie nieograniczony, więc zacząłem interesować się muzyką progresywną, jak Porcupine Tree, Riverside i inne, tego typu klimaty, i pewnie teraz gdzieś te ścieżki muzyczne siedzą w naszych głowach i przekładają się na nasze utwory.

DM: Mówisz „Riverside” – dla mnie to jeden z tych polskich zespołów, który obok Behemota, zrobił jedną z największych zagranicznych karier. Zatem – czy chcecie podążyć ich ścieżką?

TM: Każdy z nas tego by chciał, ale póki co my gramy wyłącznie po polsku, więc ciężko tu mówić o ekspansji poza granice. Chcemy skupić się na Polsce, chcemy ją podbić, a być może, przy kolejnej płycie, uda się rozszerzyć rynek. Zobaczymy co przyniesie los.

DM: A jak przebiega Wasza trasa koncertowa?

DS: Wczoraj mieliśmy koncert. Zagraliśmy do około 60 osób, ale to był bardzo „ciężki” klub, jest zimno i ludziom się nie chce wychodzić. Walczymy z tym i mamy nadzieję, że za rok widownia będzie dużo większa.

TM: My dopiero zaczynamy – jako Coria, więc dopiero musimy mieć pole do popisu, by dojść do słuchaczy. Dlatego też koncertujemy po całej Polsce, żeby wieść się niosła.

DS: Dla nas to już duże wyróżnienie, że przyszło te 60 osób, które kupiło bilet po to, żeby nas posłuchać. Nie przyszły się napić piwa, nie pojawili się przypadkowo, tylko przyszli tu w konkretnym celu. Stali pod samą sceną, znali utwory, a my patrzymy na to przez perspektywę czasu.

TM: W tym roku 60, a za rok może już 200.

DM: Z jednej strony jesteście młodym zespołem, z drugiej – nie, ale zawsze, gdy na rynek wejdzie „świeża” krew, jest ona porównywana do innych. Was często zestawia się z Comą. Czy to dla Was powód do dumy, czy do wstydu? Czy to przeszkoda?

TM: Ja na Comie ukształtowałem swój charakter muzyczny i zawsze chciałem robić coś takiego, jak oni. Dla mnie jest to ogromny komplement. Jednak, co ważne, my w żadnym wypadku nie staramy się ich naśladować.

DS: A z mojego punktu widzenia jest tak, że dziś praktycznie większość rockowych zespołów porównuje się do Comy. Jeśli to rockowa muza i do tego po polsku, to prędzej, czy później, takie porównanie się pojawi. Nie rozumiem dlaczego nie do Perfectu…

DM: Jak wspominacie pracę nad albumem? W końcu przytuliło Was duże wydawnictwo, jakim jest Metal Mind.

TM: Metal Mind odezwał się do Dominika i bardzo zawzięliśmy się, by udało się podjąć współpracę. Oni byli tak samo zainteresowani jak i my. Jesteśmy zadowoleni, bo i promocja, i pomoc podczas organizacji koncertów, jest naprawdę na wysokim poziomie. Sami byśmy przecież przed Soundgarden nie zagrali.

DS: To był lekki podstęp z mojej strony, ale mogę go zdradzić. Graliśmy koncert z zespołem Kruk i podobało im się. Później rozmawiałem sobie z ich gitarzystą i to on zasugerował, żebyśmy spróbowali podbić do Metal Mind, gdy już nagramy. Ja byłem w szoku, że mu się nasza muzyka podoba i że chce pomóc. Odezwaliśmy się do faceta, który robi teledyski żeby nakręcić nam klip, żeby gdzieś zaistnieć. A potem wytwórnia się odezwała i podpisaliśmy kontrakt. 2 lata temu wygraliśmy konkurs muzyczny, w którym nagrodą było kilka godzin w studio. I wykorzystaliśmy to na nagranie wyłącznie wokalu. Muzykę nagraliśmy u Tomka Andrzejewskiego, rewelacyjnego gitarzysty, w małej szkole muzycznej. Zaczęliśmy od czystych śladów gitar, do tego doszedł wstępny miks i cały ten materiał podrzuciliśmy perkusiście, który nagrał swoje partie w dwa dni, a w „Jam Session” u Gruszewskiego dopracowaliśmy resztę. W miksie i masteringu pomagał nam Tomasz Zalewski.

DM: Pojawili się już pierwsi fani i – co najważniejsze – fanki, którzy za Wami jeżdżą na koncerty?

DS: Wczoraj graliśmy koncert. Tomek, pochwal się z kim spałeś.

TM: Z blondynką i z rudą…

DS: Ale to były tylko znajome.

DM: Wydaliście teraz swój debiutancki album – „Teoria splątania”. Komu możecie ją polecić?

TM: Wszystkim! Zawsze to powtarzam, bo można coś określić dopiero wtedy, gdy się tego wysłucha. Moja ciotka, która na co dzień słucha muzyki biesiadnej, teraz ciągle w samochodzie słucha Corii i to nie ze względu na mnie, tylko przede wszystkim dlatego, że jej się podoba. I nie tylko jej. Ludziom w różnym wieku, z różnym gustem muzycznym podoba się to co robimy.

DM: A o czym jest Wasza płyta?

DS: Album powstawał co prawda partiami, ale i tak jest połączony w całość. Jest kompletny, od początku do końca i tak też jest odbierany. Opowiada historię.

TM: Pod względem tekstów to po prostu zapis przeżyć, które nie mają swojego miejsca w czasie, tylko są w głowie, ale są oparte na prawdziwych chwilach. Ubrane zostały one w takie słowa, żeby nie były odebrane dosłownie, przez co każdy może odczytać ją według siebie, a co za tym idzie – utożsamić się z nią.

DM: A co po trasie? Wchodzicie do studia i robicie następny materiał?

TM: TAK!

DS: Mamy dwa kawałki w całości, kolejny jest w budowie, a przecież dopiero co wydaliśmy album, więc myślę, że za około rok ruszymy z pracą.

TM: Zobaczymy po trasie, jaki będzie odbiór, czy uda nam się wejść na wyższy pułap.

DS: Nie chcemy robić nic na siłę i na przykład nagrywać czegoś, co nam się niekoniecznie podoba. Jeśli będziemy gotowi, to nagramy nowy materiał.

DM: Jak współpracuje się Wam z taką dużą i popularną wytwórnią? Czy to bardziej niańczenie, czy opieka?

TM: Nie jesteśmy ograniczeni pod względem tego, co mamy robić. Lekko nas pchają w plecy, żebyśmy mogli dojść gdzieś dalej.

DS: Nie rzucili nas na głęboką wodę, bo jednak mamy fajne i całkiem spore doświadczenie. Byliśmy wytrwali, przeszliśmy przez te wszystkie etapy i to pewnie i wytwórni daje jakiś pogląd na nas, że potrafimy ciężko pracować. Dalej staramy się tak robić, bo przecież nie możemy spocząć już teraz na laurach.

DM: Jakieś hardkorowe przeżycia typowe dla rockowych muzyków są już za Wami?

DS: Z jednego hotelu nas wywalili i był sparing z lodówką, który zakończył się trzema szwami na skroni.

DM: Jeśli moglibyście zagrać z jakąś gwiazdą, to kto by to był?

TM: Queen.

DS: Zdecydowanie, Queen.

DM: Dzięki za wywiad! Powodzenia!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad