Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Nymphomaniac

ON:

O „Nimfomance” Triera głośno było od dłuższego czasu. Duński reżyser, którego „Królestwo” wbiło mnie w fotel, zaczął bawić się tematami brudnymi i obrazoburczymi. W jego filmach zaczęły pojawiać się gwiazdy światowego kina, a także męskie członki, kobiece waginy, sperma i krew. Trier wypłynął na głębokie wody kina ambitnego, niezrozumiałego, pokręconego i często bardzo niesmacznego. Dlaczego? Bo tak, bo jest na takim etapie kariery, który pozwala mu na tworzenie czego chce i w sposób jaki chce.

Spotkanie z „Nimfomanką” jest dziwaczne, ale mniej pokręcone niż korytarze starego, duńskiego szpitala. Pomiędzy popękanymi ścianami czaiło się zło najczystszej postaci, pochodzące ze starych mokradeł, takie zło, jakim matki straszą swoje dzieci. W ciemnym mieszkaniu Seligmana, głównego bohatera „Nimfomanki”, spotkamy zło innego rodzaju. Ucieleśnia je Joe – tytułowa nimfomanka. Warto od razu napisać, że film Triera opowiada o ludzkich demonach, o wyborach krzywdzących innych, o egoizmie i uzależnieniu, którego nie można się pozbyć.

Ramstein mocnym uderzeniem wchodzi w pierwsze sceny, by tylko upewnić nas, że mamy do czynienia z „Nimfomanką”. To jedyne ostre dźwięki w tej opowieści, reszta jest miękką papką mówiącą o seksie. Nie można mówić, że reżyser nie potrafi zrobić szumu wokół swojej osoby oraz jego produkcji. Gdy zaczniemy wraz z Seligmanem podróż w przeszłość Joe, szybko zdamy sobie sprawę, że nie ma w tej opowieści niczego, z czym nie spotkaliśmy się w swoim życiu. Seks dla przyjemności, sex w różnych konfiguracjach i miejscach, sex dla rozrywki, sex by zapomnieć, sex dla samego sexu. To co z tego, że Joe pieprzy się dziesięć razy dziennie, za każdym razem z innym kolesiem – czy nie robią tego inni? Starszy mężczyzna przysłuchując się tej opowieści nie krytykuje, nie wydaj opinii, jedynie stawia tezy i zadaje pytania, czasem wtrąci swoją część tejże erotycznej baśni dla dorosłych. Nawiąże do wędkarstwa, jego pasji. W jego oczach Joe staje się wędkarzem, a mężczyźni rybami, które łapie na haczyk swojej cipki.

Dwie godziny i dwie minuty – tyle czasu przyjdzie nam spędzić w tym towarzystwie. Jest to jednak pierwsza część tej podróży. Gdy staniemy na jej końcu nie wiemy za bardzo dokąd ona tak naprawdę nas prowadzi. Ciekawość każe nam czekać i zabrać się za kolejne dwie godziny erotycznych uniesień, chcemy bowiem dowiedzieć się dlaczego Joe pobita wylądowała na podwórku starej kamienicy oraz co będzie się działo z jej kolejnymi partnerami. Ta sama ciekawość spycha na drugi tor erotyczne, czasami opierające się o pornografię sceny – liczy się tylko storytelling.

Trier chciał zaszokować. Nie wiem czy mu się to udało, chyba raczej nie. Ważne, aby było głośno o filmie, bo to może sprzedać. Daleko tu jednak do dzieł takich jak „Królestwo” czy „Przełamując fale”.

ONA:

Jak to jest z tym Larsem von Trierem? Dlaczego każdy jego film sprawia, że cały przemysł filmowy wstrzymuje oddech przed premierą, by po pokazie rzucać na prawo i lewo „Geniusz!” na zmianę z „Pajac!”. Jak to jest, że mi jego filmy nie do końca się podobają, a jednak prędzej czy później po nie sięgam? Za każdym razem oglądam je w ciszy, próbując wyłapać każdy detal, każdą pierdołę, bo to w końcu Lars von Trier. U niego nic nie jest oczywiste… Każdy seans kończy się tak samo silnym bólem głowy, tępym, skołowanym. Potem trochę odwyku i znowu oglądam coś od niego…

Padło na „Nimfomankę – cz. 1”. Moje wyobrażenia na temat tego filmu były dokładnie takie, jak sobie założyłam. Jedna, wielka metafora, wymieszana z seksem. Zwierzęcym, instynktownym, głodnym i pożądliwym seksem. Dużą ilością seksu. Właściwie historia Joe to tylko seks, który „wytłumaczony” jest kolejnymi analogiami. „Nimfomanka” to podróż… Wszystko zaczyna się pewnego wieczoru, gdy Seligman (Stellan Skarsgard) znajduje półprzytomną kobietę. Pomaga jej. Przyprowadza do swojego mieszkania, gości ją tam. Kobieta ma na imię Joe (Charlotte Gainsbourg) i wprowadza ona swojego nowego znajomego w świat, w którym tylko jedno się liczy. Seks. „Od innych różniłam się tylko tym, że zawsze chciałam więcej…” Mając 15 lat postanowiła stracić dziewictwo i wejść w świat, który ją przyciągał. Upokarzające doświadczenie z pierwszego razu zupełnie jej nie zniechęciło. Ba, z rozkoszą weszła w świat ocierających się ciał i nabrzmiałych organów. Zaczęła bawić się seksem. Coraz bardziej, coraz mocniej, coraz intensywniej i coraz częściej. Opowiadając Seligmanowi swoją historię, wprowadza go w świat dziwny, nieco napiętnowany społecznie – ale wybrany dobrowolnie. Bo Joe – szanowni państwo – jest świadoma i w pełni pogodzona ze swoim wyborem… Z każdą sceną poznajemy kolejnych kochanków: każdy inny, każdy na swój sposób wyjątkowy. Erotyzm miesza się ze zgorszeniem, seks z instynktem, człowieczeństwo ze zwierzęcością… I tak przez cały film… Kiedy mamy wrażenie, że już nic nie może nas zaskoczyć – BOOM! Jak za starych, dobrych czasów, kiedy to Steve Jobs pod koniec „Święta Jabłka” przedstawiał kolejny rewolucyjny produkt… Tak, wiem – słabe porównanie.

Nazwanie „Nimfomanki” pornosem uwłacza. To nie pornos. To solidnie erotyczny dramat, a uzależnienie głównej bohaterki można zastąpić każdym innym: narkotykami, alkoholem, hazardem… Mechanizm jest zawsze taki sam. Ten film w zasadzie jest i bardzo prosty do odczytania, i bardzo trudny. Prosty, bo to co widzimy jest proste. Trudny, bo to czego nie widzimy stanowi trzon całej kinematografii Larsa. Symbolika, odniesienia, metafory – uczta dla fanów tego typu zabiegów. Absolutnie nie można mówić o tym filmie jako o dziele „lekkim”. I to też z pewnością nie jest produkcja dla każdego – nawet pomijając pełnoletność. Ale obejrzeć go warto, bowiem to, co robią aktorzy, niezależnie czy pierwszo-, czy kolejnoplanowi, to majstersztyk. Zachwyca mnie obojętność Gainsbourg i niesamowita ekspresja Umy Thurman. Skarsgard jest ciężki do odszyfrowania. Shia LaBeouf zaskakuje.

To nie będzie mój ulubiony film, ale jest to z pewnością dzieło, które zasługuje na to, by go obejrzeć. Intryguje, a całą dodatkową robotę zrobili marketingowcy, odpowiednio pikantnie to dzieło sprzedając.