Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

He’s Just Not That Into You

ONA:

Zacznę z przysłowiowej „dupy”. Nie wierzcie aż tak wszystkim moim znajomym, którzy twierdzą, że mój gust muzyczny jest skrajnie ograniczony i zamknięty szczelnie na milion spustów. Ja po prostu nie mam potrzeby, ani nie mam odruchu poszukiwania nowych brzmień, bo te, które znam i które mi się podobają, satysfakcjonują mnie zupełnie. Mam tu na myśli Queen, Pink Floyd, czy Gunsów, ale też muzykę z lat 60. – np. Supremes, Dusty Springfield, a potem wszystko to, co ma fajną gitarę i perkusję – Od Beatlesów i Doorsów, po The Offspring – poważnie. Szalenie lubię muzykę disco, te wszystkie „Blame it on the boogie” itp. Miewam patologiczne skłonności do muzyki typu „italo” i oficjalnie przyznaję się do posiadania kasety zespołu Hanson. Poza tym, banan na mojej mordce wywołuje również muzyka z lat 90. I właśnie dlatego znam bardzo pozytywny zespół, grający pop-reggae, który nazywa się Inner Circle. No i właśnie mniej więcej w połowie lat 90tych, kiedy moja świadomość muzyczna coraz bardziej się kształtowała, panowie wypuścili cover ekstremalnie oklepanego utworu „Games people play” (częściej przerabiana była chyba tylko „Proud Mary”). I o dziwo, tekst tej piosenki strasznie pasuje mi do filmu „Kobiety pragną bardziej”…

Oh the games people play now

Ev’ry night and ev’ry day now

Never meaning what they say, yeah

Never saying what they mean

Ten przydługi wstęp na pierwszy rzut oka nie ma zupełnie nic wspólnego z filmem. Ale to tylko taka zagrywka. Chodzi mi o to, że ludzkie relacje byłyby zupełnie inne, zdecydowanie bardziej czytelne i rozsądniejsze, gdyby nie to, że gramy ze sobą w różnego rodzaju gry i gierki. Dziewczynkom wciska się na siłę pewne role społeczne, pewne zachowania i oczekiwania, a chłopczykom – chyba jeszcze gorsze. A potem z tymi przekonaniami dorastamy, łudząc się, że ta „nauka” ma faktycznie sens. A niestety, nie ma. O problemach z miłosno-związkowymi gierkami opowiada film „Kobiety pragną bardziej” i przyznam szczerze – moje oczekiwania zostały całkiem nieźle dopieszczone.

– Ok – pomyślałam – W tym filmie gra prawie sama śmietanka. Ben Affleck, Jennifer Aniston, Jennifer Connelly, Bradley Cooper, Justin Long, Drew Barrymore, Scarlett Johansson i wielu, wielu innych – to zachęca i daje nadzieję, że takie gwiazdy nie zagrałyby w kinematograficznej kupie. A potem zaczynamy wczytywać się w opis filmu i zaczynamy w to wątpić. Tak, to komedia romantyczna. O miłości i jej różnych formach. Wszyscy bohaterowie tego filmu uwikłani są w jakieś dziwne układy i układziki. Jedni się przyjaźnią, inni są małżeństwem, jeszcze inni planują być z kimś w poważnym związku, ale im nie wychodzi – no jak w życiu. Oczywiście wszystkie wątki się przeplatają, tworząc kosmiczną plątaninę, ale da się w tym połapać. Bez wchodzenia w szczegóły: „ktoś” kocha „kogoś”, ale ten „kogoś” kocha innego „ktosia” i tak kilka razy. Ale zaskakujące jest to, że mamy tu całkiem nieźle poprowadzoną historię, która nie jest tak okropnie przesłodzona, bowiem humor i jeden fail związkowy całkiem nieźle to wyważają. Jestem w szoku, że to piszę, ale tę komedię romantyczną poważnie można obejrzeć, nie dostając przy tym wysypki…

Niemniej, filmy tego typu są kolejnymi produkcjami, które mimochodem mówią „Jesteś kimś dopiero wtedy, gdy jesteś w związku małżeńskim”, bo nawet „chodzenie ze sobą” bez wizji ślubu jest bezsensowne. Podejrzewam, że jakieś prorodzinno-chrześcijańskie formacje współfinansowały ten film.

ON:

„Kobiety pragną bardziej” – ale czego? Od małego karmione są pewnymi bzdurami, które wciskają im do głowy babki, matki, koleżanki, bo im takie same bzdury pociskały ich babki, matki i koleżanki. Tak oto nakręca się spirala nienawiści, którą ciężko jest zatrzymać. Dziewczyny żyją w swoich bajkach o współczesnych Kopciuszkach, a później budzą się z oczami opuchniętymi od płaczu. Dlaczego tak jest? Bo podobno „Kobiety pragną bardziej”.

Ta spokojna i ciepła komedia obyczajowa to swoisty poradnik dla kobiet, a właściwie także i mężczyzn. Dzieło o tym, jak nie wyglądają związki damsko męskie. To zbitek różnych, wzajemnie przeplatających się historyjek, które tworzą jedną całość. Można je potraktować jako naukę, odpowiedź na pytania, które potrafią wielokrotnie pojawić się w pięknych, kobiecych główkach. Prawdą jest, że faceci to świnie, ale panie pozwalają nam tymi świniakami być. Film podpowie wam dziewczyny, po ilu dniach od randki możecie zaprzestać oczekiwać na telefon od kolesia, z którym się potkałyście. Dowiecie się czy i dlaczego mężczyźni boją się ślubów oraz wielu innych, ciekawych rzeczy. Wszystko z przymrużeniem oka, ale czasami tak cholernie prawdziwe. Każda z postaci ma swój problem i stara się go rozwiązać. Neil nie chce ślubu, pomimo tego, że są z ukochaną Beth są już 7 lat. Ben jest nieszczęśliwie żonaty, aż pewnego dnia spotyka kobietę swoich marzeń – Anne. Gigi tak jest zaaferowana nic nie wartym kolesiem, że nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest ktoś inny, kto chętnie odda jej swoje serce, Mary zaś staje się ofiarą wirtualnego świata randek i nowoczesnych technologii.

Nie jestem targetem takiego kina, ale przyznam się, że całkiem sensownie się to dziełko oglądało. Zapewne duży wpływ na taki obrót spraw ma gwiazdorska wręcz obsada, która dwoi się i troi, aby wzbudzić naszą sympatię. Mamy tutaj Affleca, Coopera, Aniston, Berrymore i wiele innych współczesnych gwiazd i gwiazdeczek prosto z Hollywood. Jest tylko jeden mały problem: całość jest na siłę wydłużona. „Kobiety pragną bardziej” trwają dwie godziny i dziewięć minut, co jest o jakieś 30 minut za długo. W pewnym momencie zaczynamy ziewać, bo widać, że ktoś chciał jeszcze bardziej rozłożyć wątek na części pierwsze, tyle, że przyniosło to więcej szkody niż pożytku.

Jest to kolejna „walentynkowa” produkcja, która pojawiła się w kinach na początku roku i miała idealnie wpasować się w święto zakochanych. W taki sposób można ją smakować, we dwie osoby w pustym ciemnym pokoju i z kieliszkiem wina. Wtedy może być bardzo sympatycznie.