ON:
Nie jestem w stanie pojąć fenomenu Wojciecha Smarzowskiego. Krytycy się nim zachwycają. Gdy tylko pojawi się jakiś jego film, to mało się nie obsrają ze szczęścia. W realiach polskiego kina jest on kimś, kto wnosi powiew świeżości do filmu, ale czy jest aż tak dobrze, aby wychwalać go pod niebiosa? Raczej nie. Porównywanie go do braci Cohen, jest lekką przesadą i mogło by ojców „Fargo” bardzo obrazić. W ramach kolejnego tygodnia z kinem polskim wpadłem na pomysł, aby zobaczyć jego sławne „Wesele”.
Opowieść ta to rozłożona na czynniki pierwsze analiza rodzimej zaściankowości. „Wsi spokojna, wsi wesoła” jak pisał Kochanowski. Możliwe, iż w jego czasach była taka, gdzie trawa była bardziej zielona, a chłopki chętne i gotowe. Takiej wsi nie uraczycie w obrazie Smarzowskiego. Historia zaczyna się od kościoła, a później toczy się w murach wiejskiej OSP. Będzie alkoholowo, klaustrofobicznie i dramatycznie. Nie dajcie się nabrać na to, iż jest to komedia, czy komedio-dramat. Nie! To ciężka, gorzka historia. Za to trzeba reżyserowi pogratulować. Pojawiające się i znikające postacie tego dramatu, są naprawdę prawdziwe.
Gdzieś na Podkarpaciu bogaty dorobkiewicz wydaje za mąż swoją córę. Wiesław Wojnar, bo tak się on zowie, kasy ma jak lodu i nie boi się tego pokazywać. Na zasadzie „zastaw się, a postaw się” i już na dzień dobry przed kościołem pojawia się wypasione Audii, które młodzi (Janusz i Katarzyna) mają otrzymać w prezencie, a jego dopełnieniem będzie wycieczka do Chorwacji. Oczywiście takie rzeczy nie mogą się obejść bez uszczypliwych komentarzy mieszkańców wsi. Część z tych wypowiedzi pojawi się na nagraniu wideo młodego kamerzysty, tak samo jak na kasetach pojawią się wydarzenia z kolejnych kilkunastu godzin. Po ceremonii młodzi jadą z rodziną i rodzicami do remizy. Zaczyna się zabawa, no może inaczej – zaczęłaby się gdyby Wiesiek zapłacił kasę tym trubadurom. Ci buntują się i nie będą grali do czasu, aż ojciec panny młodej nie wyskoczy z kapuchy. Jest to jedno zmartwienie, ale nie najważniejsze. Tym największym jest samochód, bo sprowadzona z Niemiec bryka miała być rozliczona po części w gotówce i po części za ziemie. Niestety, obiecana działka należy do dziadka, który za diabły nie chce jej oddać. Wkurzony dostawca auta zaczyna grozić Wieśkowi i jego rodzinie. Widać, że staruszkowi pali się pod dupą. W tym czasie na weselu zaczynają się kolejne ekscesy, problemy i zdarzenia. Okazuje się, że panna młoda jest w ciąży, pan młody to też ma sporo za uszami, lokalny klecha to kawał chu.., a i inne osoby mają wiele do ukrycia. Ta noc nie będzie dla nikogo taka bardzo wesoła.
Mnie „Wesele” bardzo zmęczyło. Prawda jest taka, że jeśli zobaczyliśmy jeden film Smarzowskiego, to widzieliśmy wszystkie. Nawet aktorzy za bardzo się nie zmieniają. Wszystko jest tytaj brzydkie, ludzie, interesy, picie wódki, sex i gówno, które także się pojawi. Brzydota to główna cecha filmów Wojciecha S., dochodzi do tego jeszcze wspomniana wcześniej gorzka satyra, ale czy to wystarczy aby film był dobry? Mi się wydaje, że nie.
ONA:
Wyobraź sobie rzecz, która Cię przeraża. A teraz wyobraź sobie, że siadasz przed szklanym ekranem i zaczynasz oglądać film, z tym czymś w roli głównej. Jednych przeraża Frosty The Clown, innych Lindsay Lohan bez makijażu, a mnie z kolei przerażają wesela. Poważnie.
W 2004 roku rodzime kina przywitały najnowszą produkcję Wojciecha Smarzowskiego, a potem wszyscy się radośnie posrali, bo ktoś dmuchnął świeżością w stęchliznę, produkowaną przez polskie filmówki. Jego filmy są zupełnie inne niż te, do których przyzwyczajał nas Wajda czy Hoffman. Są one brutalnie szczere, obnażające wszystko to, co chcielibyśmy schować pod dywan. Nie budują złudzeń, nie gloryfikują, a wręcz przeciwnie – ściągają z ludzi człowieczeństwo, zestawiając ich na równie z byle bydłem. I tak też jest w „Weselu”. Czy jest to swoista odpowiedź na dramat Wyspiańskiego? Cóż, śmiem twierdzić, że całkiem jest to możliwe.
Zaczyna się typowo. Kościół, ona w bieli (za wszelką cenę próbując ukryć rosnący brzuch, wypełniony wkładką ludzką), on w gajerze, odpicowany aż daje po oczach. Dumni i wzruszeni rodzice, świadkowie, goście. Do tego ksiądz, gadający oczywiście jakieś narzucone mu bzdury, o których sam nie ma pojęcia. Potem mamy remizę, kapela sili się by nie fałszować, co chwilę proponują jakieś uwłaczające ludzkiej godności zabawy, wóda leje się strumieniami, a kucharki wpychają w gości żarcie, które niekoniecznie musi być jakieś wyrafinowane (i świeże). Przerost formy nad treścią: zaczynając od sukni typu beza, po samą imprezę. Wiem co to jest wiejskie wesele, na którym latają sztachety, goście rzygają, a jedyną osobą, która nie spała z panną młodą jest jej świeżo poślubiony mąż. Stoły uginają się pod żarciem i butelkami z gorzałą, sala ustrojona jest tonami balonów, z głośników słychać kolejną wersję „Białego misia”, najlepiej z solidnym bitem, jednym z wielu, który oferuje oprogramowanie na keyborda. Kosmos. Pisząc to mam gęsią skórkę, bynajmniej nie z zimna.
Tak też jest i w tym filmie. Wszystko kręci się wokół auta i załatwiania. Ojciec weselny nie robi nic innego, jak tylko załatwia, co jest jednym z synonimów niezbyt legalnych sposobów pozyskiwania czegoś. W myśl zasady „Zastaw się, a postaw się”, chciał zrobić swojej córce najlepszy ślub, jaki ta mieścina widziała. Jest wystawnie, jest bogato, w prezencie na młodych czeka szemrana auto TT. Wszystko na pokaz. Potem pojawia się trup, niewyjaśniona sprawa i znowu załatwianie i kombinowanie. Słowo klucz: łapówka. Wszyscy ludzie mają jakąś swoją cenę, jedni wyższą, innym wystarczy koralik. Wiesław (Marian Dziędziel) kasą potrafi wszystko załatwić. Sfałszować administracyjne dokumenty, wymigać się z rąk policjantom, podupczyć młodą laskę – wszystko. Tylko kiedy jedna sprawa zawodzi, ciągnie ona za sobą kolejne. Finał jest z rozmachem, bowiem pada wszystko to, co tak bardzo chciał wykreować na cudowne i bez wad…
Ten film jest obrzydliwy. Sceny napawają mnie wstrętem, z niesmakiem i krzywą miną oglądałam tą produkcję, odliczając czas do końca. Zmęczył mnie strasznie. Nie ma w nim żadnego ładnego elementu, który chociaż na chwile wyrywałby widza z gnuśności. Za to z każdym kolejnym ujęciem ja miałam dosyć. Zwątpiłam totalnie, gdy w filmowym kiblu wybiło szambo i gówno rozlało się na kafelki. Naturalizm tej produkcji bije na głowę. Nie wiem czy jest to wada, czy zaleta. Może mam dziwne i drętwe poczucie humoru, ale nie bawił mnie ani trochę. Męczył, o – to jest lepsze słowo.
Smarzowski robi wiele dobrego w naszej kinematografii, bo przede wszystkim obdziera ją ze złudzeń. Jestem pewna, że jeszcze nie raz zerknę na jakąś jego produkcję, ale są one ciężkie. Czasami za ciężkie, jak na dni pełne wrażeń. Dołują. Wolę „Die hard”.
