Homefront

ONA:

Czekolady i filmów z Jasonem Stathamem nie odmawiam. Nawet, jeśli wiem, że jedno pójdzie w dupsko, a drugie najpewniej będzie słabawą sensacją. „Homefront”, bo o tym filmie dziś będziemy rozprawiać, jest niestety taką słabawą sensacją. Fani gatunku, do których również ja należę, będą ziewać. Cóż, nie wystarczy ogrom wybuchów, pościgów i różnego rodzaju sposobów walki, by zatrzymać nieuchronny proces ziewania. Jedno jest pewne – nie oglądajcie tego filmu na leżąco, bo zaśniecie. Reżyserią filmu zajął się Gary Fleder, którego twórczości nie znam zupełnie, a scenariusz napisał sam Sylvester Stallone. Mój szok, czytając tę informację, był niewymowny. A potem okazało się, że Sly w sumie napisał 23 scenariusze, ba – kilka było nawet fajnych, dlatego kajam się okrutnie. Mam prawie 28 lat i świat filmu ciągle umie mnie zaskoczyć. Ale to jeszcze nie koniec!!! W „Homefront” Statham przez kilka pierwszych ujęć ma długie włosy i wygląda okropnie!

Film rozpoczyna się w dobrze prosperującej narko-fabryce. Gang produkuje dragi na sporą skalę, ale ekipa nie wie, że mają w swoich szeregach mundurowego szczura. Agent Phil Broker (J. Statham) pod przykrywką pełni służbę, co oczywiście musiało się się skończyć jedną, wielką rozpierduchą. Kilka lat później Brokej jest już na emeryturze. Wiedzie spokojne życie z córką w małej wiosce. Tam znalazł bezpieczną przystań, spokój, tam go nikt nie zna. Niestety, harmonię przerwał mały, głupi incydent. Jego córka wdała się w bójkę z rówieśnikiem, który niestety, ma bardzo problemową rodzinę. Mamusia jest uzależniona od prochów, tatuś jest pierdołą, a wujaszek bawi się w gangsterkę. Dodajmy do tego stare dzieje i materiał na sensację filmową gotowy. Szkoda tylko, że jest nudno.

Tak jak napisałam: kilka strzałów i „jakaś tam” sprawa do wyjaśnienia z żadnego filmu nie zrobiła jeszcze dobrej sensacji. W tym konkretnym przypadku nadmiar wątków i połączeń między bohaterami wyparł cały klimat. Budowanie tempa też jest dużo gorsze, gdy na każdym kroku czai się kolejna osoba, która zajmuje czas, a finalnie w całej historii nie robi niczego. Statham jak zwykle boski. W roli czułego, samotnego ojca sprawia, że większość kobiet dostaje natychmiastowego orgazmu połączonego z atakiem laktacji. James Franco jak cholera nie leży mi w klimacie gangstersko-narkotycznym, za to Kate Bosworth w roli zoranej życiem ćpunki wypadła bardzo sugestywnie. Wychudzona, z zapadłymi policzkami, wkurzona i po prostu brzydka – w swojej roli odnalazła się bardzo. Odkopanie Winony Ryder boli za każdym razem. Talent niebywały i całkiem niezła uroda minęły bezpowrotnie. Nie wiem czy umieszczanie jej wśród odtwórców innych ról ma kogoś zachęcić – mnie zniechęca. No wręcz nie mogę na nią patrzeć. A gdy ma do zagrania młodą dziwko-ćpunkę, to sorry, ale są dziesiątki aktorek, które zrobią to w bardziej sugestywny sposób. Fabuła z góry skazana jest na happy end – nie wiemy jedynie tego czy któryś z głównych bohaterów umrze oraz czy samotny tatuś zapoda tłuczka rudowłosej pani psycholog. Myślę, że to pojawi się w części kolejnej, bo przecież zemsta za zemstę zemsty od zemsty być musi.

„Homefront” to sensacja, która nie urywa niczego, ale obejrzeć można, szczególnie, gdy lubi się Jasona.

ON:

Są aktorzy dobrzy, źli i jest Jason Statham. Zalicza się do grupy tych kolesi, którzy nie tylko całkiem są przystojni, ale także dobrze walą po ryjach. Kiedyś do tej grupy zaliczał się Van Damme, Seagal i kilku innych. Prosta zasada sprawdzała się za każdym razem. Kolo samotnik, który przybywał znikąd, mający na swoich barkach ogromne doświadczenie życiowe, stara się ułożyć sobie życie w małej mieścinie. Po pewnym czasie pojawia się kobieta oraz kłopoty i tylko on z nimi sobie może dać radę. Wariacji tego scenariusza jest wiele, kombinacji tysiące, ale szkielet zawsze taki sam. Podobnie jest w „Homefront”.

Statham ucieka trochę z kina przepełnionego akcją i trafia do obrazu bardziej sensacyjnego. Nie uświadczycie tutaj pościgów i walk jakie oglądaliśmy w „Transporter”. Teraz to kino zupełnie inne, łagodniejsze, bardziej obyczajowe, poruszające ważne tematy. Nie dajmy się jednak zmylić, to nadal ten sam aktor, kopiący z podwójną siłą i z tym specyficznym akcentem, który powoduje, że dziewczyny dałyby sobie nogę uciąć, byleby tylko spędził z nimi noc. Specyficzna sztuczka, jaką takie dzieła przyciągają do kin pary, jest przecież banalna i oczywista. Faceci chcą być tacy jak Jason Statham, a kobiety chcą być z takim jak Jason Statham. Tyle wystarczy.

O czym jest „Homefront”? O byłym gliniarzu, agencie DEA – Philu Brokerze, który po nie do końca udanej akcji, postanawia wraz z córeczką zaszyć się w małej mieścinie, w domu, w którym kiedyś dorastała żona policjanta. Było to lata temu, a jego i dziewczynki nikt nie kojarzy. To jest najważniejsze, bowiem groźba zemsty narkotykowego bossa wisi nad ich głowami. Nic nie zapowiada nadchodzących problemów, które tak naprawdę zaczną się w momencie, w którym córka Brokrea spuści łomot lokalnemu bully’emu. Zaczyna się lawina mniej lub bardziej dramatycznych zdarzeń, które doprowadzają do byłego stróża prawa bandę oprychów mających wykończyć go i jego rodzinę. Oczywiście możecie się domyślać jak się wszystko skończy, tu nie ma miejsca na zaskoczenie. Ci źli dostaną łomot, Ci dobrzy będą żyli długi i szczęśliwie, czyli tak jak powinno to wyglądać.

Jak by nie patrzeć powielono tu schematy kina lat 90-tych. Odnowiono specyficzny gatunek, który pojawił się pod koniec lat 80-tych. Można go nazwać „sam przeciw wszystkim”. To kino zawsze dobrze się sprzedawało, doprowadzało dzieciaki takie jak ja do szału. Każdy z nas chciał być jak Van Damme lub Seagal. Tłumy przed kinami, bo każdy chał zobaczyć amerykańskiego zabijakę. Patrząc na to dzieło z tego punktu widzenia, trafiamy na całkiem sympatyczne odnowienie gatunku. Jeśli jednak nie będziemy się kierować tym kryterium, to mamy kolejny kopany film ze Stathamem. Ale czy to źle?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad