ONA:
„Carrie” – pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, kiedy słyszę to imię, to piosenka zespołu Europe. Tak, tego, którego wszyscy znają wyłącznie z powodu „The Final Countdown”, masowo granego przed wszystkimi sylwestrami. A tu się okazuje, że ten zespół, z gatunku pudel rock, ma jeszcze jeden, całkiem chwytliwy kawałek, w którym to Joey Tempest smętnie zawodził imię dziewczyny, obawiając się o to, że więcej się nie spotkają. Oczywiście, jestem świadoma również tego, że „Carrie” to w kulturze postać o wiele bardziej istotna, niż tylko bohaterka piosnki. Carrie to również imię głównej postaci z „Seksu w Wielkim Mieście”, jak również tytułowej bohaterki horroru Stephena Kinga i trzech filmów na podstawie tej powieści. Dziewczyna, odrzucona przez społeczność, odkrywa w sobie zdolności telekinetyczne. Cóż, kobiety noszące te imię nie mają łatwego życia.Na niedzielne, nieco skacowane wczesne popołudnie, Dawid wybrał trzecią wersje. Dla mnie właściwie to wszystko jedno, bowiem nie widziałam żadnej, a już jestem w takim wieku, że i Kinga, i ekranizacje jego powieści wypadałoby poznać. Kimberly Peirce, reżyserka, która brawurowo pokazała światu historię hermafrodyty w „Boys don’t cry”, tym razem wzięła się za umieszczenie losów Carrie White (Chloë Grace Moretz) we współczesnych czasach. Cóż, jeśli „wtedy” nastolatki potrafiły być okrutne, to „teraz” są jeszcze gorsze, a ich kreatywność w niesieniu cierpienia jest jeszcze większa. Wyposażeni w szybkie samochody, drogie ciuchy, smartfony i Internet – są źli i zepsuci do szpiku kości. A wśród nich ona – w skromnych ubraniach, ze srebrnym krzyżykiem na szyi, wyoutside’owana, cicha, przestraszona. Wychowywana przez patolsko bogobojną matkę, nie wie o życiu nic. I gdy to „życie” ją dopada, w postaci pierwszej miesiączki, na oczach rówieśniczek robi z siebie pośmiewisko. One krzyczą „Zatkaj sobie”, a ona z przerażeniem, wysmarowana krwią nie wie ani co się z nią dzieje, ani co to wszystko ma znaczyć. Cóż, Margaret White (Julianne Moore) nie raczyła wprowadzić w „dojrzałość” swoją córeczkę, licząc na to, że grzech Ewy jej nie dopadnie. W końcu tyle się o to modliła… Upokorzona Carrie staje się pośmiewiskiem całej szkoły. Dziewczyna, która wpadła na pomysł, by całe okresowe zamieszanie w szatni nagrać i wrzucić do Internetu zostaje zawieszona i nie może pójść na bal. Jest wkurzona i postanawia koniecznie zemścić się na tytułowej bohaterce. Szczególnie, że bogobojną Carrie właśnie ktoś zaprosił na imprezę. Mieszanka rozemocjonowania nastoletniego z telekinezą nie wróży niczego dobrego.
„Carrie” w wersji z 2013 roku to nic innego jak horror dla nastolatków. Grozy tam wcale, podobnie jak klimatu i strachu, albo chociaż lekkiego zaniepokojenia. Moretz ma kunszt aktorski pokroju Kristen Stewart – czyli jedna mina, słaba praca ciałem i uroda, którą można nazwać jedynie „przeciętną”. Zresztą, większość występujących w tym filmie, bo na miano „aktorów” nie zasługuje nikt z obsady, poza Moore, dobranych zostało według tego samego klucza. Jest nudno i smętnawo Jedynie sceny, w których występuje była agentka FBI, która tropiła dr Lectera, zasługują na uwagę. Reszta jest miałka. Krwawa końcówka bardziej przypomina kolejną masakrę znaną z różnego rodzaju części „Final Destination”, ale i ona jest słabawa.
Zdecydowanie to film, którym nie warto zaprzątać sobie głowy
ON:
„Carrie” jest debiutancką powieścią Kinga. Nie pamiętam czy ją czytałem, a jeśli tak, to było to bardzo dawno temu. Nie pamiętam także kiedy obejrzałem pierwszą wersję tego dzieła, ale tak czy inaczej – wiem o czym ono jest. Dzięki temu do re-reedycji nakręconej kilka miesięcy temu, podszedłem z dużym kredytem zaufania.
Dzisiejsza niedziela jest bardzo leniwa, cały dom chilluje po wczorajszych imprezach, dzięki temu był czas na przeleżenie w łóżku kilku godzin, podczas których nadrabialiśmy zaległości filmowe. Na pierwszy ogień poszła „Carrie”, ale ta nowa, wyreżyserowana przez Kimberly Peirce. Ta sama babeczka ma na swoim koncie „Boys Don’t Cry”. Niestety, adaptacje Kinga to inne kino, a jego obyczajowość ma zupełnie odmienny wymiar.
Tytułowa „Carrie” to nastolatka, która wychowywana jest przez samotną matkę. Kobieta ta jest bogobojną, fanatyczną wręcz katoliczką, której myśli krążą tylko wokół biblii i jej słów. Jednakże interpretuje je na swój sposób, taki, który jej najlepiej odpowiada. Dla niej narodzona z grzechu córka jest „rakiem”, owocem szatana i najlepiej by było, aby nigdy nie przyszła na świat. Dziewczyna musi nie tylko poradzić sobie z szaloną matką, ale także ze szkołą, problemami dojrzewania oraz mocami, które nie są jej znane. Okazuje się, że w przypływie szału potrafi kontrolować przedmioty, używać telekinezy. Nim jeszcze przejdzie do przetestowania swoich mocy, musi przejść przez kolejne upokorzenia ze strony matki, a także koleżanek i kolegów ze szkoły.
Rzeczy błahe, o których wie każda dziewczyna stają się początkiem wydarzeń prowadzących do tragedii. Trzymana pod kloszem Carrie nie ma pojęcia czym jest okres, dla niej jej krew wydaje się być początkiem końca, myśli, że wykrwawia się na śmierć. Jej histeryczne zachowanie zostaje zarejestrowane na telefonie jednej z koleżanek, zaś filmik zostaje opublikowany w sieci. Po tym incydencie staje się szkolną „gwiazdą”. We wszystkim nie pomaga matka, widząca w swojej córce małą ladacznicę, która zaczynając krwawić będzie zwabiać do siebie mężczyzn tylko po to, by zaspokoić swoją chuć. Walka nastolatki z rzeczywistością odbywa się na tych dwóch płaszczyznach.
Naśmiewać się i gnębić można każdego, ale mamy swoje granice, ich przekroczenie może doprowadzić do tragedii. Tak się ma sprawa i tutaj. Pozostawiona samej sobie panna zaczyna czytać o telekinezie, cudach i oddziaływaniu na umysły. Jej moce stają się nareszcie realnymi, a ich uwolnienie może wywołać nawet drobiazg. Niestety, komuś bardzo zależy, aby dziewczyna została odpowiednio upokorzona, a konsekwencje są tragiczne.
„Carrie” z horrorem ma niewiele wspólnego, kilka bardziej drastycznych scen to za mało, aby wrzucać film do tej kategorii. Poza tym dzieło to stworzone jest pod amerykańskie nastolatki, a nie dojrzałego dorosłego odbiorcę. Pomimo swojej płytkości – dobrze mi się ten obraz oglądało.
