ON:
Klimatu i zakręconej zagadki “Siedem” nie przebije chyba żaden film. David Fincher wszedł na wyżyny swojej zajebistości i stworzył dzieło wręcz idealne. Nie ukrywam, że kręcą mnie takie historie, mówiące o świrach pierwszej wody, którzy zabijają z tylko sobie wiadomych powodów. Tym bardziej zaskoczyło mnie, że gdzieś przegapiłem „Horsemen”. I może dobrze, bo po wczorajszym seansie mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony jest to historia w jakiś sposób nawiązująca do „Se7en” (biblijne klimaty), z drugiej w połowie filmu następuje jakaś miałkość zabijająca cały klimat. Szkoda.
Detektyw Aidan Breslin samotnie wychowuje dwójkę synów, starszy to już nastolatek, młodszy – nadal dziecko. Jego żona zmarła kilka lat wcześniej, zżarta przez nowotwór. Sam Aidan zaabsorbowany swoją pracą, często zapomina o rodzinie, a chłopcy pozostają zostawieni sami sobie. Ilość czasu jaki jej poświęca, jest ogromny i przesadny. Jest to także jakiś sposób na zabicie bólu po stacie ukochanej, jaki wyżera go od środka. W tym czasie ktoś zaczyna serię bardzo brutalnych morderstw. Najpierw przypadkowy staruszek podczas spaceru z psem znajduje tacę, na której leży komplet zakrwawionych, ludzkich zębów. Później policja trafia na ciało pierwszej ofiary. W każdym miejscu zbrodni znajduje się napis „Come and see”. Breselin jeszcze bardziej niż jest to możliwe zaniedbuje obowiązki ojcowskie i oddaje się sprawie. Dociekliwe śledztwo doprowadza go do ważnej wskazówki, wpada na to, że cytat jaki znajdował się na miejscu zbrodni, pochodzi z Biblijnej „Apokalipsy”. Dzięki temu tropowi oraz dogłębnej analizie miejsc zbrodni, policja zakłada, że morderców jest 4 i zwie ich „jeźdźcami”. Na miejscu kolejnego mordu Aidan spotyka córkę ofiary – Kristin Spitz, to ona znalazła swoją mamę zarżniętą jak świnie. Po kilku dniach spotykają się ponownie, a dziewczyna przekaże mu dowód w sprawie. Skąd go miała? Nie będę spoilerował. Wystarczy powiedzieć, że do tego momentu film trzymał się kupy, później jest gorzej. Nie wszystko jest wytłumaczone, a dopowiadanie sobie jakiś niestworzonych historyjek raczej nie ma sensu.
Reżyser Jonas Akerlund nie ma na swoim koncie zbyt wielkiego dorobku, kilka krótkometrażowych produkcji, koncert Madonny i słabiutko ocenianą komedię kryminalną. To jeszcze nie jego czasy, nie jego pięć minut. Dennis Quaid nie uratował tego filmu, mimo tego, że naprawdę wygląda jak zapijaczony podupadający na duchu policjant. Możliwe, że to wszystko wina spapranego w połowie scenariusza, który zaczęto szyć grubymi nićmi w połowie filmu. Film dla wielbicieli gatunku, tych którzy nie mieli okazji go jeszcze oglądać.
ONA:
Zasady moralne to temat niezwykle lubiany przez twórców filmowych. Powstawały, powstają i będą powstawać kolejne dzieła o etyce, którą kierujemy się w życiu. Mamy filmy o ludziach, którzy starali postępować moralnie, ale mamy również wiele filmów o upadku tej cechy. Zarówno te pierwsze, jak i drugie przyciągają uwagę. Dlaczego? Bo z jednej strony mamy do czynienia z wzorami i bohaterami pozytywnymi, a z drugiej widzimy możliwości, które dokonują się po stopniowo, aż do samego upadku. Ja oczywiście wolę te negatywne, a moim ulubionym filmem o pseudo-moralności jest „Siedem”.
I właśnie porównaniem do genialnego filmu Davida Finchera mój mężczyzna zachęcił mnie do obejrzenia „Horsemen – Jeźdźcy Apokalipsy”. Na temat twórców niewiele mam do powiedzenia, zarówno reżyser (Jonas Dziwne Szwedzkie Nazwisko), jak i scenarzysta (Dave Callaham) mają niewielki dorobek, ja ich dzieł nie znam zupełnie. Ale jakimś cudem przyciągnęli uwagę Dennisa Quaida, który zagrał główną rolę. Cała historia kręci się wokół detektywa – Aidana Breslina, który poświęca się całkowicie swojej pracy. Być może jest pieprzonym pracoholikiem i perfekcjonistą, być może to jego sposób na odreagowanie śmierci swojej żony. Jedno jest pewne: wystarczy telefon z posterunku, by on zostawiał wszystko i wszystkich i pędził, by spełnić swój obowiązek. Najbardziej na tym cierpią jego synowie, którzy walczą o uwagę ojca, raczej z marnym skutkiem. Alex jest nastolatkiem, który poniekąd przejął obowiązki mamy, który opiekuje się swoim młodszym bratem. Stara się on sprowadzać ojca na łany pokiereszowanej rodziny i nie za bardzo lubi chodzić do szkoły. Ale nie rozprawiajmy tu za bardzo o nastolatku. Aiden dostaje kolejną sprawę. Wszystko zaczyna się od srebrnej tacy, na której ktoś ułożył świeżo wyrwane zęby. Nasz detektyw, z racji swojej specjalizacji, z miejsca dostaje ten przypadek. A potem pojawia się trup, a za nim kolejny… Od razu zauważamy, że wszystko ma charakter rytualny, z pewnością nie robiła tego jedna osoba, tylko kilka. I gdy już wydaje mu się, że powoli zaczynają się fakty łączyć w całość, okazuje się, że mordercy grają policji na nosie, wodzą ich, a mundurowi znowu są w czarnej dupie. I wtem przełom… Aiden przy pomocy książek i szarych komórek, po wnikliwej analizie i wielogodzinnym wpatrywaniu się w dowody, doznaje olśnienia. Morderstwa inspirowane są czterema Jeźdźcami Apokalipsy: Wojna, Głód, Zaraza i Śmierć… I teraz pytanie… Czy detektyw złapie winnych? Czy zdoła ocalić ofiary?
Oglądałam film z zapartym tchem. Klimat faktycznie jakby z Finchera, ale widać wiele różnic, przede wszystkim w realizacji, ale podejrzewam, że twórcy „Horsemen” wiele razy widzieli „Siedem”, zanim w ogóle podjęli się realizacji ich filmu. Przede wszystkim mamy znowu pseudo-moralność, która podobnie jak w filmie Finchera, była dosyć zawoalowana. Tu mordercy również mają jakąś chorą ideologię, która mówi, że złych ludzi trzeba karać. A wierzcie mi, robią to dosyć ohydnie i bardzo profesjonalnie. I jest kilka fajnych zwrotów akcji, ale ja niestety mam beznadziejną przypadłość rozszyfrowywania fabuły stosunkowo szybko. Czasem uda mi się trafić, czasem nie, a w przypadku „Horsemen” udało mi się na 100 procent. A może to scenarzysta się nie popisał i po fajnej pierwszej połowie, potem zabrakło mu pomysłu?
Myślę, że warto obejrzeć. Nie jest to kino, które urywa tyłek, ale jest szansa, że zaskoczy. Ma genialną oprawę muzyczną – tu ukłony dla naszego rodaka, Jana A. P. Kaczmarka. Ma bardzo ładne zdjęcia, za które odpowiedzialny był Eric Broms (koleś z praktycznie zerowym doświadczeniem). Quaida ogląda się jak zwykle bardzo dobrze (uwielbiam go w „The day after tomorrow”). Moja mama właśnie zakończyła seans i na pytanie Dawida jak jej się podobał, odpowiedziała „Ja pierdolę, ale film!”, a to chyba w miarę dobra reklama.
