ONA:

Właściwie mogłabym ten film opisać jednym zdaniem, kilkoma wyrazami. Dokładnie 11 wyrazami. Oto one: „Ten film jest tak rozpaczliwie beznadziejny, że bolą od niego zęby.”Historia Victora Frankensteina była wałkowana już tyle razy, że szczerze powiedziawszy wątpiłam w to, że można zrobić coś jeszcze z tym. Okazuje się, że owszem. Miałam wrażenie, że oglądam nieudolną kopię Nolana, który w swoich „Batmanach” czarował przede wszystkim mrocznym, tajemniczym i złym klimatem. Tu owszem, jest spektakularnie za pomocą majestatycznych efektów specjalnych, ale wierzcie mi, ten film broni się wyłącznie tą częścią. Reszta jest BEZNADZIEJNA! Widzicie? Zastosowałam caps, żeby podkreślić to.

Adam (Aaron Eckhart) jest kreaturą stworzoną przez Frankensteina. Od dwóch wieków żyje jednak samotnie, bez swojego ojca, ukrywając swoją tożsamość przez całym światem. Jest silny, wytrzymały, nie boli się nikogo i niczego. Umie walczyć. Trudno się więc dziwić, że jego osobą są zainteresowane dwa klany nieśmiertelnych – jedni dobrzy, drudzy źli. Jedni chcą go chronić – drudzy wykorzystać. I oczywiście zaczyna się wyścig o Adama, wielka bitwa z setkami ofiar, bowiem losy całego świata zależą wyłącznie od tego, kto wygra. Generalnie można się lekko zamotać, szczególnie, gdy film ogląda się na trzeźwo.

No właśnie. Mam wrażenie, że do pełnego zrozumienia dzieła Stuarta Beattiego potrzebne są solidne ilości alkoholu. Ten film jest tak cholernie chaotyczny, że wypowiedź przeciętnej gimbazjalnej nastolatki ma w sobie więcej sensu i logiki. Na szczęście to „dzieło” nie jest zbyt długie. Akurat czasu jest na tyle, by szybko, raz za razem, wlewać w siebie kolejne szoty dowolnie wybranego trunku. Osobom, które tą produkcją się zachwycają, mam ochotę powiedzieć „Ale jak to?!” Może ja widziałam jakąś inną wersję? Może mi się przysnęło na jakieś 90 minut (film trwa 92 minuty)? Nie ma jednego elementu, który by się mi podobał. Aktorsko jest słabo. Jest tak ckliwie i patetycznie, że głowa mała. Eckhart pasuje do tej roli jak pięść ku dupie, a jego „straszność” jest po prostu nędzna. Więcej strachu robi brak kropki w kalendarzu w odpowiednim dniu, poważnie. Fabuła nudzi. Naprawdę, nie ma sensu rozpisywać się nad nią jakoś wybitnie, bo ani tu tajemnicy, ani akcji, ani logiki, a o tym, że będzie happy end wiemy, zanim minie 10 minuta. Za cholerę nie umiałam się wkręcić w tą opowieść, ba – ona mnie nudziła. Dobra, czasem mruknęłam sobie „O, ładny kadr” (oczywiście totalnie „namalowany”), ale to wszystko.

Nie widzę powodów, poza ciekawością, która czasami bywa bolesna, żeby obejrzeć to dzieło. Jest po prostu słabe.

ON:

Jest taki gatunek filmowy, który nie wymaga od widza niczego. Możesz być mniej ogarniętym kalafiorem, a i tak zrozumiesz wszystko, co się dzieje na ekranie. Twórcy wychodzą z założenia, że ważne jest, abyś nie sikał w pieluchę i nie ślinił się patrząc tempo w ścianę, a już będziesz odpowiednim odbiorcą ich filmu.

Dobra, zdarza się wyjątek od reguły i pojawiają się dzieła, które naprawdę są całkiem, całkiem. Dało się obejrzeć „Underworld”, „Ksiądz” także był niezły, ale w całym natłoku „fantastycznego” szmalcu to jedne z niewielu produkcji, które nie powodują raka jelita grubego. Niestety, nie można powiedzieć tego o „I, Frankenstein”, który nie trzyma się kupy pod żadnym względem, a historyjka jest tak wydumana, że nie wiem co trzeba brać, aby odpierdalać takie dziwolągi.

Może idąc przykładem naszych wspaniałych polskich wieszczy, scenarzyści Stuart Beattie i Kevin Grevioux ćpali, pili zieloną wróżkę i eksperymentowali z innymi dziwnymi substancjami. Scenariusz „Ja, Frankenstein” to głupota i bzdura jakich mało. Dość powiedzieć, że ożywiony stwór, dzieło doktora Frankensteina, morduje swojego stwórcę i jego żonę, a sam wpada pomiędzy walczące strony dobra i zła. Wiadomo, zło reprezentują demony, przypominające ludzi stwory, które po opuszczeniu ludzkiej maski wyglądają jak wampiry z telewizyjnych seriali dla nastoletnich amerykańców. Przeciwko armii demonów, dowodzonej przez księcia Naberiusa, występuje armia światła, stworzona z aniołów, które przyjmują postać gargulców. No kurwa mać! Gargulców? To może anioły niech zaczną przybierać postać Entów lub fretek, albo Sfinksa. Oglądam i oczom mym nie wierzę. To jeszcze nie koniec. Królowa kamiennych szkarad prosi twór Frankensteina, by przyłączył się do nich w walce dobra ze złem, a aby było łatwiej się im „zaprzyjaźnić” – nadaje mu imię Adam. Jebłem! Ale to jeszcze nie koniec bzdur. Po setkach lat, jakie minęły od „narodzin” Adasia, bierze on w łapy dwie pałki i zaczyna nimi skutecznie napierdalać po łbach demonów. Robi to iście matrixowski sposób. Jego skoków, wyskoków i ciosów nie powstydziłby się nawet Statham albo Jet Li. W środku tejże opowieści jest jeszcze gorzej. Pełno absurdów, nieścisłości i zwrotów akcji tak z dupy, że nie wiem czy nie lepiej od razu łyknąć czegoś na uspokojenie.

Pod względem wizualnym nie można nic „I, Frankenstein” zarzucić – to w końcu współczesna produkcja, która chyba najlepsze z całości ma efekty, ale nie są one na tyle widowiskowe, by tylko dla nich stracić 92 minuty życia. Odpuście, bo naprawdę szkoda waszego czasu.