ONA:

Lata spędzone w kinie i przed monitorem/telewizorem, oglądając kolejne filmy, powinny wyrobić we mnie uczucie otępienia, żeby się nie napalać i nie oceniać po pozorach. Cóż. Napalam się i oceniam po pozorach mimo tego, że już nie raz mocno się zdziwiłam. Owszem, najbardziej boli, jak Twój ulubiony reżyser robi coś słabego, Twój ulubiony aktor gra jak ameba, Twój ulubiony montażysta przestał ćpać, a Ty mimo ogromnej nadziei zostajesz z jakąś kupą. O wiele lepiej jest, gdy snując się po markecie typu „Tesco” w koszu z tanimi filmami odnajdujesz coś, co łapie Twoją uwagę, bo coś gdzieś Ci świta, ale nie wiesz gdzie, ale to właściwie 14 złotych, więc najwyżej obejrzysz i odłożysz na półkę „na wieczną zgubę”, gdzieś pomiędzy pamiątkę ze studniówki a „Akademię Pana Kleksa” (przepraszam fanów, ale nie rozumiem jak to może się komuś podobać…). Odpalasz ten film z koszyka „odrzutowego”. A przy napisach końcowych łapie Cię myśl „Ej, to nie było takie tragiczne!”

I właśnie taką produkcją jest zeszłoroczny „Człowiek na krawędzi”, który ponoć nawet był w naszych kinach. Reżyserem tego dzieła jest Asger Leth, ale podejrzewam, że ani Wam, ani mi to nic więcej nie powie. Właściwie nie ma sensu ani potrzeby jakoś wybitnie się rozpisywać o fabule, bowiem można popsuć z miejsca komuś odbiór. Powiem tak: jest koleś, policjant (właściwie były policjant), który w niektórych kręgach mógłby być uważany nawet za przystojnego (z pyska taki trochę Hasselhoff w latach 90tych) i który ma problem. Siedzi. I to na długo. Za kradzież… Siedząc w pace dowiaduje się od przyjaciela i byłego partnera służby, że jego ojciec jest bardzo chory i wkrótce umrze i tak też się niestety dzieje… Koleś dostaje krótką przepustkę, by móc pożegnać ojca i nad grobem słyszy mnóstwo gorzkich słów. Wdaje się w bójkę z bratem, którą kończy spektakularną ucieczką… Koniec sceny. W kolejnej ten sam facet, już bez więziennego trykotu, pojawia się w hotelu w NYC. Wynajmuje pokój, zamawia posiłek, daje obfity napiwek bojowi i… postanawia wyskoczyć z okna. Oczywiście, szybko zauważają go przechodnie, którzy wprawiają całą machinę w szybki bieg i po chwili w jego pokoju jest już policja, pod budynkiem dmuchana jest ta wielka poduszka, a nasz bohater – Nick Cassidy (Sam Worthington), zaczyna „negocjować”. Z miejsca chce rozmawiać wyłącznie z Lydią Mercer (Elizabeth Banks), która nie tak dawno temu zaliczyła służbową wtopę, gdyż jej samobójca skoczył z mostu. Cóż, raz do roku można się wysypać… Tak sobie stoi na gzymsie, coś tam gada, ale nie łudźcie się, że to historia o kolesiu, który chce rozbryzgać się na ulicy Dużego Jabłka… Intryga dopiero się zagęszcza, tajemnica pieczołowicie jest tkana, a z każdą kolejną sceną dowiemy się o co tak naprawdę chodzi…

Był taki moment, kiedy autentycznie ziewałam. Cóż, czasami trzeba lekko spowolnić bieg wydarzeń, by potem nadać mu odpowiedniego dynamizmu. I tak też jest w przypadku tej produkcji, bowiem mimo średnich ocen, okazuje się ona być całkiem niezłym kryminałem, z odpowiednią dozą sensacji. Pozytywne zakończenie trochę psuje to, nad czym pieczołowicie pracował scenarzysta, gdyż jest ciut za słodko, ale mimo to – warto ten film obejrzeć. Ja bym oceniła ten film na 7.

ON:

W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy o jednen z marketów spożywczych. Poza zakupami chemicznymi, których nienawidzimy, pozwoliłem sobie odwiedzić stoisko RTV, na którym zawsze szukam filmów i gier w promocyjnych cenach. Traf chciał, że akurat wystawiony był kosz pełen taniego DVD. Po krótkim grzebaniu w koszyku wylądowały dwa filmy. Jednym z nich był „Człowiek na krawędzi”.

Obraz ten dość szybko zniknął z ekranów naszych kin i jeszcze szybciej wylądował w budżetowej serii. Czy słusznie? Trochę tak. Jeśli jednak lubicie kino sensacyjne, z całkiem dobrym scenariuszem, to za 14 złotych możecie zrobić sobie  sympatyczny wieczorek filmowy.

Cała opowieść zaczyna się od tego, że do wypasionego hotelu w centrum Nowego Jorku wchodzi zadbany mężczyzna. W recepcji podaje nazwisko, na które jest zrobiona rezerwacja i wprowadza się do pokoju na 21 piętrze budynku. Od razu zamawia szykowny obiad i butelkę szampana. Widać, że jest zdenerwowany, cały czas zerka na zegarek, a po skończonym posiłku zaciera wszelkie ślady, które mogą doprowadzić do rozpoznania jego osoby. Na nożach i widelcach nie znajdziecie ani jednego odcisku palca, na kieliszku brak odbitych ust. Jak już można się domyślać, jego nazwisko jest zmyślone, a cały pobyt ma być czymś więcej, niż tylko wypoczynkiem. W tym momencie pan Walker (bo tak podobno się zowie) wychodzi przez okno i staje na gzymsie budynku. Zanim jeszcze ktoś zwróci na niego uwagę, w krótkiej retrospekcji dowiemy się że naprawdę nazywa się Nick Cassidy, jest byłym policjantem, skazanym na 25 lat więzienia, ale śmierć ojca załatwiła mu jednodniową przepustkę, z której już nie wrócił od celi. W pewnej chwili jakaś osoba na dole zauważa „skoczka”. Tak oto zaczyna się cała intryga.

Scenariusz „Człowieka na krawędzi” nie jest wybitny, ale ma kilka naprawdę ciekawych momentów. Szczególnie dobrze ogląda się drugą część filmu. Trzeba przebrnąć prze pierwsze 40 min, gdyż są one nudnawe, ciągną się, widać, że na siłę wydłużono nitro tej intrygi. Przez to wielu widzów może się zniechęcić do dalszego seansu. Może właśnie to był powód, przez który tak szybko obraz zniknął z kinowych ekranów? Jak by nie patrzeć mamy do czynienia z kinem mało gwiazdorskim. Po za Edem Harrisem, resztę obsady zobaczymy w hollywoodzkim kinie drugiej ligi.

Nie zmienia to faktu, że za 14 złotych możemy kupić całkiem przyzwoity film, który broni się w miarę sensowną intrygą, która jak by była jeszcze troszkę lepiej podrasowana, mogłaby być spokojnie wyreżyserowana przez pierwszoligowych reżyserów. Kino dla tych, którym nie żal kilkunastu złotych, inni niech czekają na premierę TV.