ON:

O płycie „Primitive Man” wspominałem przy okazji opisywania szalonej komedii pt. „Młody Einstein”, bowiem w tym filmie pojawia się kawałek „Great Southern Land”, który wskoczył do mojej głowy w czasach, gdy w Polsce Internet podłączało się do smalcu (to jak kogoś nie było stać) lub do modemu, co robił takie dziwne „dziii, dzzzzraaaziii, dzzzrrrwwww…”, coś jak stare magnetofony od Arati. Wtedy też po zapłaceniu kilku złotych w „Internet Cafee”, (heheh tak z angielska) postanowiłem się dowiedzieć kilku rzeczy o zespole, czyli o „Icehouse”.

Okazuje się, że ich kariera zaczęła się w 1977r. kiedy zwali się „Flowers”. Na czele stał Iva Daviesem, który był wokalistą, gitarzystą, a czasem i klawiszowcem. Początki zespołu wyglądały jak większości takich tworów, czyli granie do kotleta w klubach i restauracjach. Podczas takich „preformensów” panowie grali przede wszystkim covery Bowiego, Roxy Music, T-Rex i wielu innych. Wtedy także zaczęli wyrabiać sobie swój styl, który mimo upływu lat – pozostaje stały. Do roku 80-tego, zespół nagrywał utwory własnym sumptem i rozprowadzał je podczas festiwali i koncertów. Wtedy nastąpił przełom, nagrali singliel, a później, w tym samym roku “Flowers” wydaje pierwszą płytę „Icehouse”. Staje się ona przebojem numer jeden w Australii, zapisując się jako jedna z najlepiej sprzedających się płyt w dziejach tego kraju. W ten sposób Panowie weszli na salony, gdzie pojawiali się do tej pory Ci najwięksi, np. INXS.

W latach 1981-1982 Davies zaczął współpracować z producentem Keithem Forsey’em, który w późniejszych latach pracował razem z ”Simple MInds”. Iva i Keith razem wyprodukowali solowy album „Primitive Man”, postanowiono jednak wydać go nie jako drugi album „Flowers”, ale jako „Icehouse”. Płyta okazała się strzałem w dziesiątkę, a utwór „Hey Little Girl” podbił listy przebojów na świecie, gdzie lądował w top 10 list przebojów. Tym albumem zespół pokazał jaki jest kierunek, w którym idzie, trochę też szufladkował ich jako muzyków nurtu zwanego synthpopem. Nie jest to do końca prawda, gdyż lata 80-te rządziły się swoimi prawami, a płyta mimo tego, że bardzo równa, jest jednak pomieszaniem rocka, synthpopu oraz New Wave.

O co ten cały szum? O 45 minutowy krążek, który wyciągnął z muzycznych lat 80-tych wszystko – wszystko co się dało. Nie ukrywam, że słychać w nim zapożyczenia od największych tamtego okresu. Ale nie są to chamskie kopie tylko lekko podkradzione pomysły. Jeśli miałbym do czegoś porównać „Primitive Man”, to byłby to koktajl składający się z Tin Machine, Oingo-boingo, wczesnego Duran Duran i szczypty Talk Talk i New Order. Wydaje się to niezjadliwym daniem, a okazuje się, że to bardzo smaczny krążek.

Wszystko zaczyna się od „Great Southern Land”, lekkiej ballady, przypominającej mi dokonania Yes, a może Floydów. Hipnotyczne klawisze, bass prowadzący całość i wokal niepozwalający przejść obok niego obojętnie, zasłużenie utwór ten wylądował w top 5 list przebojów. Ale to nie ta piosenka miała być nr 1 tego albumu. Później mamy do czynienia z dość dziwnym, chyba nie do końca pasującym do całości „Uniform”. Wszystko spowodowane jest budową piosenki, trochę chaotyczną, można powiedzieć jak „Tin Machine” lub „PinUp” Bowiego. Warto spokojnie przeczekać te kilka minut, gdyż dostaniemy nagrodę w postaci „Hej Little Girl”, czyli ballady jakiej nie powstydziłby się sam Bryan Ferry, a Iva chyba specjalnie moduluje głosem, aby naśladować mistrza uwodzącego wokalu. Całość utrzymana w rytmice Roxy Music, z wpadającym w ucho refrenem i powtarzającym się motywem klawiszowym, potrafiącym przyprawić o dreszcze. To utwór tak wpasowujący się w lata 80-te, jak to tylko możliwe. Możesz go słuchać w kółko, a nogi same zaczynają wystukiwać rytm. Można powiedzieć, że najlepsze za nami. I niby tak jest, z tym że kolejny utwór to także mały hit, znów początek nie urywa głowy, delikatnie zawodząca gitara, talerze i wokal wspominający  “o jeszcze jednej szansie”. I zaraz następuje refren, który pozwala po raz kolejny wsłuchać się w piosenkę i znaleźć w niej coś nowego. Poza tym Iva Davies znów się bawi głosem, modulacją i pokazuje, że inny rodzaj wokalizy nie jest mu obcy. Następnie mamy chwilę odpoczynku przy instrumentalnym „Glam”, jednoznacznie kojarzącym się z „Elektroniczną trylogią Eno i Bowiego”. Taki sympatyczny przerywnik przed „Trojan Blue”. Po raz wtóry początek to tylko zalążek czegoś więcej. Klawisze znów robią świetną robotę prowadząc całą piosenkę. Kolejne utwory o „One by one” i „Break These Chains”, przynoszące na myśl „Oingo-Boingo” i Danego Elfmana. Szczególnie drugi ze wspomnianych jest szybko zaśpiewany, wręcz wykrzyczany tekst, ostra gitara i znów zawodzące klawisze dopełniające całość. Nie ukrywam, że taka “Elfamnowa” jest też następna piosenka – „Mysterious Thing”. Szczególnie słychać to w refrenie. Na zakończenie dostaniemy „Goodnighte Mr. Matthews”, zahaczający o new romantic, takie Duran Duran z pierwszej płyty. Wolniejszy rytm, zawodzący lead i drugi wokal. Naprawdę świetnie to brzmi. Płytę kończy „Over the line” w pierwszej części stylizowane trochę na utwory Bowiego z okresu po „trylogii”, a później mamy progresywną solówkę i znów wracamy do szybkiego rytmu.

Nie ukrywam, że jestem zachwycony „Primitive Man”, dla mnie, dzieciaka lat 80-tych, to takie “the best off” tamtych czasów, wrzucenie do jednego worka najlepszych zespołów tamtych lat, dodano do tego trochę kiczu i odrobinę własnego brzemienia. Przede wszystkim świetne jest to, że w całym rockowo-popowym brzmieniu, zachowano syntezatory, znak tamtych czasów. Jeśli ktoś kocha dobre lata 80-te, lubi się cofnąć w czasie powinien być zadowolony. Warto.