Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

KSIĄŻKI

“Ja, Ozzy” – Ozzy Osbourne

ONA:

Staram się nie zazdrościć ludziom wpływowym i bogatym ich miejsca, ich sukcesów, ich dorobku. Najwyraźniej mają w sobie to coś, co sprawiło, że odstają od przeciętności. Mogłabym zazdrościć Picasso kreatywności, Gatesowi pieniędzy, a Baumgartnerowi odwagi. Mogłabym zazdrościć Nicholsonowi nieupływającej popularności, a Kardashiankom wytrwałości. Nie robię tego. Nie zazdroszczę im. Ale jest jedna osoba ze świata celebrytów, której zazdroszczę jak cholera i chętnie zamieniłabym się z chociaż na jeden dzień. Tą osobą jest John Michael Osbourne, który w historii znany jest jako Ozzy…

Dawid stawał na rzęsach, żeby zdobyć dla mnie jego autobiografię. Trwało to chyba ze 2 lata. Albo trafiał na „towar wyprzedany”, albo na jakieś horrendalne ceny (były momenty, kiedy ta książka chodziła na allegro za 2 i pół stówy). A potem dowiedział się, że pewne wydawnictwo postanowiło wydać ją ponownie. I oto w czerwcu, dokładnie w dniu moich urodzin, świeża knicha, jeszcze pachnąca farbą drukarską, pojawiła się w moich rękach. Byłam przeszczęśliwa, chociaż jak się okazało – mijaliśmy się nieco z tym heavymetalowym dziadeczkiem. Część przeczytałam podczas tatuowania, część leżąc w hamaku, część przed snem. Aż w końcu doszłam do ostatnich stron… Dziś mogę ją wreszcie zrecenzować i z ręką na sercu – serdecznie Wam ją polecam. Nie tylko fanom Ozzy’ego i Black Sabbath – polecam ją wszystkim tym, których nie zgorszą przekleństwa i historie o seksie, ćpaniu i chlaniu. Polecam ją wszystkim tym, którzy lubią rubaszny, bezczelny humor, rockandrollowe historie z kuluarów, z dużą ilością abstrakcji, która przeciętnemu Kowalskiemu nawet nie mieści się w głowie.

Po lekturze tej autobiografii zadaję sobie tylko jedno pytanie: „Jak on to przeżył?”. Zaczyna się spokojnie: dorastający John mieszka w Birmingham z rodziną. Groszem Osbournowie nie śmierdzą, a synalek ciągle pcha się wprost w ramiona problemów. Ozzy był jednym z tych dzieciaków, którzy zawsze mają kłopoty. Do szkoły nie miał po drodze, za to do złego ciągnęło go bardzo. Koniec końców wylądował nawet w więzieniu i po pobycie tam obiecał sobie, że więcej do tego nie dopuści. Edukację porzucił na rzecz pracy. Dość skrupulatnie opisywał swoje kolejne zajęcia, a kiedy doszedł do części pt. „praca w rzeźni”, miałam pawia na zakręcie. No ale nie wymagajmy od Ozzy’ego subtelności! Szukając swojej drogi John wymyślił sobie muzykę. Razem z kilkoma innymi kolesiami, po długich latach walki o swoje miejsce na scenie, założyli grupę, która dziś nazywana jest jedną z najlepszych, najpopularniejszych, najbardziej odkrywczych i najważniejszych kapel hard rockowych i heavy metalowych na przestrzeni dekad. Mowa tu oczywiście o Black Sabbath. Kiedy zespół się już uformował, kiedy jakimś cudem udało im się nie tylko nagrać płytę, ale i stać się popularną grupą, wtedy dopiero się zaczęło. Wtedy nastały czasy, których ja mu zazdroszczę totalnie.

Książkę czyta się świetnie, ale jest totalnie chaotyczna. Czasami miałam wrażenie, że Ozzy opowiadał 3 historie na raz, ale przecież to Ozzy – mogłam się tego spodziewać. Sam szanowny autor zupełnie zapomniał o autocenzurze i wywalił na światło dzienne wszystko to, co inni skrzętnie ukrywają. No bo przecież nie można mówić o orgiach, seansach z koksem, marychą i z rozpierdzielaniem kolejnych hoteli. Nie wypada mówić o groupies i bezczelnie śmiać się z wszystkich i z wszystkiego. No chyba, że jesteś gwiazdą rocka sprzed 4 dekad – wtedy możesz robić wszystko. I wtedy dopada Cię refleksja – jak upływający czas zmienił podejście do twórczości. Kiedyś nie musiałeś mieć talentu – wystarczyła charyzma, którą każdy potrafił się obronić. Dziś nie trzeba mieć ani umiejętności, ani charakteru – wystarczy wpasować się w oczekiwania, a spece od wizerunku zrobią wszystko. No i mamy gwiazdy typu „rozkapryszony berbeć” ew. „nie mam zbyt wiele do pokazania, więc pokarzę cipkę”.

„Ja, Ozzy” to książka-podróż przez muzykę. To wycieczka po życiu legendy, idola, dla wielu boga. Dosadnie napisana zupełnie się z nami nie ciaćka. Jest hardcore’owo, ale do cholery – taki był, jest i będzie Ozzy Osbourne. Jest ciekawa, bo przecież nie można grać rocka i nie mieć ciekawego życia. Niewątpliwym plusem jest też to, że jest po prostu zabawna, bardzo śmieszna i cholernie wulgarna.