ONA:

Książki, które czytam najchętniej, to są książki historyczne, biograficzne, thrillery i soczyste kryminały, które trzymają mnie za gardło „wiadomo przez co”. „Dzieci gniewu” napisane przez Paula Grossmana, to właśnie taka książka. Idealnie łączy historyczny klimat z dobrą, ponadczasową grozą.

Schyłek lat 20 i 30. Berlin. Świat trawiony jest mniej lub bardziej pokłosiem wielkiego kryzysu, który nawet takie mocarstwa jak Stany Zjednoczone doprowadził na skraj… W Niemczech za to coraz śmielej buzują nazistowskie przekonania. Nadchodzi czas zmian. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się po Pierwszej Wojnie Światowej, by już za dosłownie moment wejść w kolejną…

Młody detektyw żydowskiego pochodzenia, znajduje w kanałach coś przerażającego. Worek z wygotowanymi kośćmi. Ludzkimi. Dziecięcymi – żeby być dokładnym. I do tego biblia, w której ktoś zaznaczył pewne cytaty. Brzmi przerażająco już na starcie. A takie materiały szybko zyskują uznanie w prasie, która z miejsca podchwytuje temat Dzieciożercy. Zagadkę trzeba rozwiązać. Potwór musi zostać ukarany.

Niestety, od śledztwa zostaje odsunięty nasz detektyw. Ale on jest zdeterminowany. Wie, czuje, że za wszelką cenę musi rozwiązać tę zagadkę. Że musi znaleźć mordercę. Ale to nie jest takie proste. Tajemnica jest potężna, a antysemickie nastroje wręcz pulsują wśród jego rodaków.

Paul Grossman napisał bardzo przyjemny kryminał – o ile czytanie o Dzieciożercy może być postrzegane jako „lekkie”. Inaczej: czyta się to lekko. Historia wciąga, ale na tym przecież polega ten gatunek. Mamy tu sporo zagadek, które trzeba rozwiązać, sporo intryg i tajemnic. Jest też bardzo fajne tło polityczno-społeczne, które tworzy świetną ramę dla tej powieści. Książka jest mroczna, wywołuje dreszcze, które czujemy na szyi. A gdy zderzymy to z wiedzą, którą mamy, bo przecież wiemy co działo się podczas Drugiej Wojny Światowej, to w prostym rachunku wychodzi nam, że człowiek jest z natury zły.

Historia, psychologia, kryminał. To tu znajdziecie. Dobra narracja, emocjonująca fabuła. Warto.