Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Miasto 44

ONA:

Kiedy 3 lata temu postanowiłam, że już w życiu nie pójdę do kina na żaden polski film – byłam święcie przekonana, że po prostu nie powstanie nic takiego, co mnie zmusi do złamania tego przyrzeczenia. Sorry, ale Kasia Figura w stroju dominy do dziś śni mi się w najgorszych koszmarach – psychika po tym czasie nadal nie wróciła do formy. Ale – do rzeczy. Polskie kino traktuję z cholernym dystansem. Na ogół męczymy się sami ze sobą, chociaż czasami jestem pozytywnie zaskoczona. Do dumy jeszcze daleka droga, ale załóżmy, że ostatnie 2-3 lata wydały na świat kilka całkiem niezłych produkcji. Mam tylko ciągle jedno, wielkie zastrzeżenie: słowa. Scenariusze, oparte na ogół wokół miłosnych wątków, z wojną, komuną albo sztampowymi, rodzimymi nazwiskami w tle. Papież-Polak, Wałęsa, Popiełuszko, Kukliński, Sikorski. Brakuje do kompletu Bońka.

Kiedy zobaczyłam trailer do „Miasta 44” najpierw pomyślałam „NIEEE! Znowu wojna, znowu powstanie, znowu będzie afera, bo ludzie zamiast oglądać film, będą wylewać historyczno-polityczne pomyje”. Potem pokazano kilka urywek, kilka scen, które nieco zbiły mnie z tropu, bowiem absolutnie nie wyglądało to na kino „typowo” polskie. Tak jakby trochę Zachodniego wizjonerstwa wdmuchnięto w nasze „klisze”. Postanowiłam, że przełamię moją niechęć i obejrzę to dzieło na dużym ekranie i to najlepiej zanim widzowie i krytycy wyleją na niego wiadro pomyj. Z kina wróciłam 30 minut temu. Wracając do domu pod osłoną nocy myślałam tylko o jednym zdaniu, którym powinnam zacząć dzisiejszą recenzję i zastanawiałam się jak je zrozumiecie – czy opacznie, czy w punkt. Dawno nie widziałam tak dobrego, polskiego filmu. Dawno nie widziałam równie dobrego filmu wojennego nie tylko z rodzimego grajdołka. Powiedzcie mi, że nie znam się, że nie mam gustu, że ciągnie mnie w stronę tandety i błahej sensacji, ale napiszę to: „Miasto 44” to kawał zajebiście zrealizowanego, dobrego kina wojennego, który stoi na światowym poziomie. Ot co.

Nie będę rozpisywać się o fabule – wiemy jak było i pod tym względem nie ma żadnych zmian. To nie jest sci-fi, w którym nagle okazuje się, że my wygrywamy wojnę. Oczywiście, żeby nadać historii bardziej ludzki wymiar – przecież bohaterami są ludzie, przepełnieni emocjami i wątpliwościami, mamy tu wątek miłosny, a konkretnie trójkąt, w którym o względy przystojnego bohatera walczą dwie dziewczyny, a on sam lawiruje między nimi. W tle oczywiście dzieje się tragedia – „Jakie piękne samobójstwo” można by powiedzieć. Nie chcę wchodzić w dyskusje na ten temat. Nie chcę i tyle, i niech mnie dunder świśnie, jeśli kiedykolwiek publicznie będę wypowiadać się o tych wydarzeniach. Ale widocznie filmowo ten temat jest mega „wdzięczny”, skoro powstał o nim KOLEJNY film i pewnie jeszcze kilka, o ile nawet nie kilkanaście – powstanie. Ale jest jeden, kluczowy element, który widzę po raz pierwszy w polskim filmie wojennym i przyznaję, że zagranicznych też niezbyt wiele jest, które „TO” mają na tak wysokim poziomie. Mam tu na myśli grozę wojny. Bez zbędnego pieprzenia o życiu, emocjach i całej reszcie. Po raz pierwszy poczułam bezsilność, absolutną bezradność, bo w tego typu kinie na ogół jest tak, że mamy jedną, no – czasem dwie grube akcje, gdzie strzałów, wybuchów i trupów jest multum, a potem stopniowo wycisza się cała historia, prowadząc nas do spokojnego happy endu. W „Miasto 44” nie ma niczego, co nas wycisza. Chwile wytchnienia są tak krótkie, że nawet nie zdążycie uspokoić kołatającego serca. Nie ma gdzie się schować – każda kryjówka prędzej czy później okaże się pułapką. Nie ma gdzie uciec przed strzałami. Wróg jest wszędzie, jest potężniejszy, niesie śmierć, a siły i heroizm kończą się wraz z amunicją i żołnierzami. Na każdym kroku spotyka nas wojna. Przerywają ją czasem dźwięki muzyki, śpiewy, rozmowy. Jest trochę bliskości i nawet seks. Ale to nadal ułamki. Chwilę później nasi bohaterowie będą musieli stanąć przed pociskami, które najpewniej prędzej czy później przeszyją ich ciała.

Plusy? Świetne wykonanie, zaskakująco dobre technicznie i z masą „efektów”, których w polskich filmach się nie stosuje. Widowiskowy film, w którym można przeżywać, co niekoniecznie oznacza wzruszenie i strach. Tu nie o to chodzi, że zaczynamy się bać – od tego są horrory. Tu zaczynamy wątpić i tracimy poczucie bezpieczeństwa. Podobało mi się również to, że nie ma w tym dziele popularnych aktorów – właściwie tylko młodego Królikowskiego rozpoznałam bez problemu. To sprawia, że nie łączymy ich z jakimś innym dobytkiem, szczególnie w postaci zeszmacenia się w jakieś komedii. Minusy? Fabuła. Gramy na emocjach i to tych najczulszych, najbardziej wrażliwych. Śmierć bliskich, śmierć dzieci, śmierć w walce o wolność – to zawsze boli. Do tego wszystkiego mamy tu trochę naiwny i durnowaty wątek trzyosobowego związku. Nie do końca jestem też przekonana jeśli chodzi o muzykę – ona mi się i podobała, i nie podobała. Miała momenty – tak czy owak. Na koniec jeszcze jeden plus, coś, co mnie rozwaliło: policzcie ile w finałowej scenie mamy „cieni” osób. Bo to nie jest takie oczywiste…

Czy warto? Tak. Bez względu na to jakie jest Twoje zdanie na temat Powstania. Warto, bo niezbyt często możemy oglądać polski film, który ma naprawdę dobry poziom.

ON:

Wychodząc z seansu „Miasta 44” nie bylem zaszokowany, nie byłem ogromnie poruszony, nie byłem powalony na kolana. Po mojej głowie kołatało się kilka myśli, lecz żadna nie wyprzedzała pozostałych. Na spokojnie analizuję raz jeszcze dzieło Jana Komasy, 32 letniego reżysera. Z jednej strony go podziwiam, a z drugiej wydaje mi się, że mój, praktycznie rówieśnik trochę się w całości zagubił. Bardzo poważny temat, z naprawdę świetnymi zdjęciami został zepsuty w kilku miejscach, miedzy innymi muzyką

Warszawa 1944, miasto na skraju powstania, pomiędzy niemiecką okupacją a rosyjskim „wyzwoleniem”. Pełne osób różnorakich. Zaczynając od tych, którzy po prostu starają się normalnie żyć, a kończąc na współpracujących z okupantem zdrajcach. Każdy miał swoją rolę i swoje powody, aby zachowywać się wtedy w wybrany przez siebie sposób. Nie nam oceniać celowość powstania, grozę wojny i wybory poszczególnych osób. Dla zwykłego zjadacza chleba tamte czasy to odległa przeszłość, której miejmy nadzieję nie będziemy musieli ponownie oglądać.

Tak naprawdę film Komasy to dramat opowiadający o miłości w ciężkich czasach. Miłość może być tutaj interpretowana na wiele sposobów. Mamy tutaj bowiem uczucia rodzicielskie, braterskie, a także namiętność wynikającą z otaczającego zagrożenia. Oczywiście, nie może zabraknąć miłości do ojczyzny, miłości tragicznej z największymi ofiarami. Każde z uczuć jest inne, każde jednak mocne i tak bardzo nieodpowiednie w chwilach, w których się pojawia.

Gdy zaczniemy śledzić historię Stefana, Alicji i Kamy dość szybko zdamy sobie sprawę z tego, jaki to specyficzny i dziwny trójkąt, którego nie jest w stanie przerwać wojenny zgiełk. Zastanawiamy się czyje emocje są mocniejsze, które poświęcenie większe. Poczynania obu dziewczyn są zrozumiałe dla dorosłego widza, ale czy nie będą potępiane? Niektóre z nich na pewno. Jeśli jednak rozpatrywać zachowanie bohaterów w ten właśnie sposób, to każda z osób mogłaby zostać napiętnowana przez oglądającego. Powstanie w pewnym momencie zostaje zepchnięte na drugi plan, staje się tylko tłem do snucia opowieści. Cierpienie miasta przeplata się z cierpieniem bohaterów tych pierwszo- i tych drugoplanowych. Nie ma kompromisów, śmierć czeka na każdego z nich, nie ma możliwości jej uniknięcia. Brutalność wojny daje się odbić najbardziej na Stefanie, który staje się zagubionym w labiryncie własnej głowy. Nie tylko jemu otaczające okrucieństwo miesza w mózgowych zwojach.

Do dzieła Komasy mam kilka “ale”, między innymi za fatalny dobór muzyki do przedstawianych obrazów. Niemen podczas sceny na cmentarzu raczej denerwuje niż zmusza do refleksji, The ink spots w chwilowym przerywniku z lecącą filiżanką, czy Skrillex podczas mixu scen seksu i ataku na pozycję wroga. Zbędna nowoczesność zabiła tę produkcję. To co całkiem dobrze sprawdziło się w przypadku „Marii Antoniny” w reżyserii Sofii Coppoli, nijak nie pasuje do polskiej produkcji. Kolejna sprawa to zbytnia „teatralność” niektórych scen. Ma to miejsce między innymi w chwili zabicia dowódcy na cmentarzu i później występuje kilka razy w całym obrazie.

Są też plusy: należą się one za oddanie klimatu beznadziejności wojny. Ludzka rezygnacja i zwątpienie, poddanie się okupantowi są tu wręcz namacalne. W jednej chwili stajemy się zaszczutymi zwierzętami, upodlonymi do reszty stworzeniami, które zagonione w róg gryzą własną łapę. Film jest brutalny, krwawy i bardzo naturalistyczny, trzeba przyznać, że niektóre sceny mogą zrobić ogromne wrażenie na mniej odpornych widzach.

Czy warto iść na „Miasto 44”? Myślę, że tak. Po pierwsze dlatego, że mamy do czynienia z polską produkcją opowiadającą o wojnie, która jest bardzo „hollywoodzka”. Po drugie, to obraz wyzuty z bezsensownego patosu, który towarzyszy wielu polskim filmom. Po trzecie zaś dlatego, że warto samemu ocenić, czy to dobre kino i wesprzeć polską kinematografię.

W całym wypadzie do kina wkurzyła mnie inna rzecz. Przed seansem kilkakrotnie twórcy mówią, że chcą abyśmy obejrzeli powstanie z legalnego źródła. Mówią to do osób, które zapłaciły za bilet kilka minut wcześniej. Chyba jednak to nie do nas mają być skierowane te słowa.