Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Julie & Julia

ONA:

„Julie i Julia” to kolejny moim zdaniem film o kobietach dla kobiet, który nie jest ckliwą historią pełną wzruszeń, rycerzy na białych koniach i zawsze idealnie ułożonych fryzur. To film o dwóch fajnych babkach, które postanowiły coś zrobić. 

Julia Child to Amerykanka w Paryżu. Dawniej pracowała w administracji rządowej, obecnie szuka zajęcia. Uczy się nowego języka, próbuje swoich sił w projektowaniu kapeluszy, poznaje sztukę gry w brydża – i nic z tego nie trafia do jej serca. Właściwie, co się dziwić, że nic nie umie w tym organie znaleźć miejsca. Całą przestrzeń wypełnia cudowny facet – jej mąż Paul.

Julie Powel mieszka w Nowym Jorku. Pracuje w administracji, jest typowym korpo-szczurem, który zamknięty w swoim boxie, dynda na końcu łańcucha. Dziewczyna chce coś w swoim życiu zmienić. Nic nie trafia do jej serca. Właściwie, co się dziwić, że nic nie umie w tym organie znaleźć miejsca. Całą przestrzeń wypełnia cudowny facet – jej mąż Eric.

Julia Child to kobieta, która nauczyła Amerykanów gotować i jeść. Przed nią były wyłącznie konserwy i pianki marshmallow. Jej książka kucharska, a potem program telewizyjny, stały się podstawą kuchni w wielu jankeskich domach. Jej irytujący, nieco piskliwy głos, perły i nieporadność stały się symbolem: gotować może każdy, ale musi spełnić jeden warunek – musi chcieć. „Opanowanie sztuki francuskiej kuchni” to ogromna knicha, która początkowo skierowana była dla gotującej Amerykanki, która nie posiada służby. Cóż, Amerykanką nie jestem, ale służby nie mam i marzę, by ta kuchenna encyklopedia kiedyś zagościła obok moich Nigelli. I właśnie w filmie Nory Ephron widzimy etap przeistaczania się Child w naczelną kucharkę Stanów Zjednoczonych, która odmieniła niejeden dom. I tak jak napisałam nieco wcześniej: Julia szukała zajęcia. Próbowała, kombinowała, aż w końcu zapisała się do prestiżowej szkoły Le Cordon Bleu, w której trafiła pod noże najwybitniejszych specjalistów. Ta ambitna babka początkowo zostawała w tyle, za tymi wszystkimi wybitnymi facetami, ale jej amerykański upór i ambicja sprawiły, że po czasie to ona zakładała fartuch lidera. A przy tej całej perfekcyjności, Child była bardzo serdeczną, optymistyczną i lubianą kobietą, która szybko zjednywała sobie ludzi.

Jeśli zaś chodzi o Julie Powel, to dla mnie jest ona typową zagubioną, zniechęconą, znudzoną i niepotrafiącą niczego doprowadzić do końca kobietą. Całkiem możliwe, że to przez pracę, w której nieustannie męczy się z ludźmi. Całkiem możliwe, że zauważa jak daleko zaszły jej kumpele, a ona bezwładnie kręci się jak piórko na wietrze. I wtedy, podczas „narady” z mężem wpadają na pomysł żeby zaczęła pisać o tym, co jej wychodzi i sprawia przyjemność, czyli o gotowaniu. Ale Powel zna siebie, wie, że musi mieć cel, że musi do czegoś dążyć, musi mieć wyznaczony na to czas… Knują… I nagle pada pomysł: rok z przepisami, które znalazła w książce Julii Child. Zatem blog „The Julie/Julia Project” zaczyna działać. Początkowo Julie płynie na fali euforii. Ale dosyć szybko, gdy tylko trafia na pierwsze problemy, zaczyna podupadać jej motywacja. Z uroczej kobietki zmieniła się w wielkie, napęczniałe ego typu „Ja! Mnie!”. Postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, a mając obowiązki i pełnoetatową pracę, ciężko wisieć nad garami. No jakby to powiedzieć… zrobiła się trochę gderliwa. Na pierwszej linii ognia znalazł się jej mąż, a małżeństwo zaczęło wisieć w powietrzu.

Film opowiada o dwóch różnych kobietach i ich losach. Mimo tych wszystkich kontrastów, bohaterki mają wiele wspólnego. To skakanie po „epokach” bardzo mi się spodobało, podobnie zresztą jak oddanie klimatu miast. Nowy Jork żyje w pędzie, a Paryż przepełniony jest radością, spokojem i aromatem dobrego jedzenia. I mimo, że ten film jest lekki, bardzo przewidywalny i trochę chaotyczny, wracam do niego patologicznie często. Uwielbiam Maryl Streep, uwielbiam Stalney’a Tucci – ten duet mnie nigdy nie zawodzi. Nora Ephron tworzy lekkie filmy, które w swojej zwiewności okazują się wybitne. Aaa! Ten film nie ma w sobie w ogóle pierwiastków feministycznych.

ON:

Czy można zrobić film o kobietach dla kobiet, w którym nie będzie śmierci, dramatu i litrów łez? Można. Udało się to Norze Ephron, znanej mi z “Bezsenności w Seattle”. Pani reżyser przygotowała danie tak pyszne i smakowite, że ciężko się pozbyć cieknącej śliny, która wydziela się podczas każdej minuty tego dzieła. Dlaczego mówię o ślinie? Ponieważ to historia dwóch kobiet, których życie związane jest z gotowaniem. Obie nigdy nie zajmowały się profesjonalnym kucharzeniem, ale okazało się, że właśnie kuchnia stała się miejscem, gdzie bohaterki mogą się spełnić. Panie i Panowie, przedstawiam film, który mnie urzekł, oto „Julie i Julia”. To cudowne dzieło o jedzeniu, miłości, ambicjach i facetach, którzy wspierają swoje kobiety nawet jeśli mają wszystkiego dość.

Julię Child kojarzy nawet taki laik jak ja. Jest to pani mająca lekko piskliwy głosik, gotuje w białej koszuli, nosi perły, jest żoną dyplomaty (sama także pracowała dla rządu) i szuka pomysłu na swoje życie. Ponieważ praca jej męża wiąże się z podróżami, kolejnym miejscem na mapie świata, które przyjdzie im odwiedzić jest Francja. Bycie żoną takiego człowieka ma do siebie to, że możesz siedzieć i pachnieć, chodzić na brydża i pić jakieś wykwintne alkohole lub zrobić coś zupełnie innego. Julia wybrała to drugie. Jej dzień składał się ze zwiedzania, nauki języka i poznawania sekretów francuskiej kuchni. Co by nie mówić o żabojadach, to jednak ich dania potrafią zwalić z nóg. Szukająca zajęcia kobieta, która kocha swojego faceta i uwielbiająca przygotowywać potrawy, postanowia zapisać się na kurs gotowania. Niestety, to co zaoferowała jej pierwsza lekcja, spowodowało u niej irytację, bo ona szukała czegoś innego, czegoś co da jej wiedzę i spełnienie. Znalazła to w Le Cordon Bleu, prestiżowej szkole kulinarnej. Pierwsze niezdarne początki i swoje braki nadrobiła bardzo szybko, dzięki uporowi i ciężkiej pracy. Pokazała, że kuchnia to jej miejsce i królestwo, w którym czuje się najlepiej. Kolejne tygodnie spędzała na nauce, gotowaniu dla męża, kochaniu się z nim i zbieraniu góry przepisów. Jej fascynacja przerodziła się w niegroźną obsesję, którą bardzo dobrze wykorzystała. Przypadkowo poznała dwie inne szalone kucharki, które chciały napisać książkę o francuskiej kuchni, którą by przyswoił każdy przeciętny Amerykanin. Jej życie zaczyna kręcić się pomiędzy mężem, pracą nad książką, jedzeniem, a w późniejszym czasie także programem telewizyjnym. Julia mimo porażek osiągnęła coś niezwykłego, a jej książka została już wydana kilkadziesiąt razy.

Drugą Julią jest Julie Powell, pracująca w call center dla rodzin ofiar po WTC. Dziewczyna ma kochającego męża, totalnie nienawidzi swojej pracy i szuka pomysłu na życie. Wszystkie jej przyjaciółki mają górę kasy i tylko ona ciśnie się w małym mieszkanku nad pizzerią. Jedyną rzeczą sprawiającą jej radość jest gotowanie. Jej facet wpada na pomysł, aby zaczęła pisać o tym, co tak bardzo lubi robić. Nie trzeba było ją długo namawiać. Postanowiła, że w 365 dni ogarnie wszystkie 524 przepisy z książki kulinarnej pani Child, tej o której mowa powyżej. Dlaczego akurat ta książka? Ponieważ ma ona dla dziewczyny wartość sentymentalną. Słowo się rzekło i pierwsze koty poszły za płoty. Tak powstał blog „The Julie/Julia Project”. Dzień Julie wyglądał trochę inaczej, niż autorki książki kucharskiej. Rano praca, wieczorem gotowanie i odrobina czasu dla męża. Facet nie narzekał i wspierał swoją ukochaną w każdej chwil, czy to dobrej, czy to złej. Wszystko szło dobrze do czasu, kiedy to pojawiły się pierwsze problemy. To galaretka nie wyszła, a to kurczak wraz z farszem wylądował na ziemi, to znów coś innego spowodowało katastrofę. Przemęczona i zaabsorbowana swoją pracą i projektem dziewczyna nawet nie zauważa, jak bardzo odsuwa na bok swojego męża. I tak naprawdę walcząc o wiele, mogła stracić wszystko. W miarę upływającego czasu, okazało się, że pisanie nie tylko przynosi radość, ale i korzyści.

Obie historie wzajemnie się przeplatają, dzięki czemu brak w całym obrazie monotonności. Dodatkowo muszę przyznać, że aktorki wcielające się w główne postacie zrobiły to po mistrzowsku, a Meryll Streep jest wprost cudowna w roli pani Child. Dla mnie ten film to takie małe odkrycie filmowe, omijałem go łukiem i wiem, że zrobiłem błąd. „Julie i Julia” to naprawdę świetne i ciepłe kino, które warto zobaczyć. Myślę, że kobiet nie trzema namawiać. Panowie, niech najlepszą rekomendacją będzie to, że po seansie dalej żyje i mam się dobrze. Polecam.